Historia z części 4 dotyczy czasów bezpośrednio po liceum. Tej wszechobecnej pustki, braku konkretnych pomysłów na dalsze życie.
Szkoła oficjalnie skończona, ale co teraz...?
Pasmo niewypałów życiowych
Wakacje zaraz po zakończeniu edukacji spędziłem standardowo w Anglii, nadrabiając mój mizerny budżet. 3 miesiące ciężkiej harówki w zamian za parę przyjemności z tego tytułu.
Po powrocie do kraju na przełomie sierpnia i września wraz z dwoma kolegami postanowiliśmy zorganizować spontaniczną przeprowadzkę do Trójmiasta. Wszystko ogarnięte na prędce, bo zaledwie w jeden dzień. Po półtora miesiąca powrót do rodzinnego domu ze względu na problemy rodzinne- tak zakończyła się moja pierwsza pozalicealna przygoda. Doświadczenia osiągnięte, nowe miejsca zaliczone. Szybko to szybko, ale lepiej tak, niż wcale [przynajmniej tak sobie to tłumaczę].
Po Trójmieście przyszedł czas na kolejne emigracje do miejsca, które tak często odwiedzałem- UK. Przeprowadzałem się łącznie 3 razy na stałe, ale nigdy nie mogłem wytrzymać dłużej niż pół roku... Serce chyba za bardzo tęskniło za ojczystym krajem, rodziną i znajomymi. Podczas 3 pobytu na wyspach wpadłem na pomysł poprawienia matury i dostania się na studia [chyba w końcu dorosłem do tej decyzji]. Miałem dość pracy fizycznej, a "zepsute" nogi dodatkowo utwierdzały mnie w przekonaniu, że studia mogą być jedyną słuszną opcją na przyszłość.
Studenckie życie- wyjątkowym okresem w życiu każdego studenta
Po milionach godzin analizowania, zastanawiania się, konwersacjach ze znajomymi, w końcu zdecydowałem się na dobranie kierunku. Z racji tego, że wiedzą z informatyki zatrzymałem się na poziomie odrobinę wyższym niż LO, doszedłem do wniosku, że jedyną sensowną opcją będzie dobranie czegoś humanistycznego, coby nie mieć dodatkowych problemów z późniejszą nauką. Padło na prawo. Czy był to dobry pomysł? Cholera wie. 4 rok zbliża się wielkimi krokami, ale do końca jeszcze kawałek, a nawet z obronionym magistrem dalsza ścieżka nie będzie należała do najłatwiejszych, chcąc osiągnąć coś więcej niż praca w nudnym urzędzie.
Studenckie życie pochłonęło moją duszę. Na początku było ciężko, ale wiadomo, żadnych znajomych na roku... nie mogło być inaczej. Po paru zjazdach poznałem wartościowych ludzi i w zasadzie z większością z nich trzymam się dalej. Było dużo imprez, ogrom radosnych chwil i śmiechów. Były również smutki i stresy, ale razem jakoś dawaliśmy radę. Miliony monet przepuszczone na jedzenie na mieście, domówki, alkohol... Może było tego momentami za dużo? Trudno stwierdzić. Wiem natomiast jedno- przeżyte chwilę są na zawsze moje.
Kontemplacja życia
Przez te lata studiów nie imała się mnie żadna praca na dłużej. Sam nie wiedziałem, czego mam szukać, by czuć się tam dobrze. Próbowałem pracować w kuchni, w fabryce, na słuchawce, jako animator... nic nie utrzymało mnie dłużej niż pół roku. Albo irytował mnie mój przełożony swoim brakiem kompetencji i inteligencji, albo cały zarząd, który traktował pracowników jak niewolników. Idealnej pracy nie znalazłem, bądź nawet zbliżonej do ideału, więc i nie zagrzałem nigdzie miejsca. Próbowałem wymyślić coś z własnym biznesem, ale UP niestety odrzucił mój wniosek. Tak jakoś wszystko szło pod górkę.
Nowadays
Teraz ponownie spędzam wakacje na wyspach, jednak z planem ułożonym na najbliższy czas. Poznałem swoją połówkę, która znacznie podciąga mnie ku górze i napędza jakiś wewnętrzny silniczek. Teraz przyjdzie czas na podbój Wielkopolski- może ona okaże się bardziej łaskawa. Do końca studiów jeszcze 2 lata, więc na ten czas tryb zdecydowanie nastawiam na samorozwój, miłość i odkładanie na jakieś małe marzenia. Niebawem przyjdzie czas na założenie rodziny... ale do tego czasu trzeba uzupełnić jeszcze swoje życiowe doświadczenia i odkryć trochę białych miejsc na mojej osobistej mapie.