Jeden z bardziej kontrowersyjnych filmów w historii kinematografii (pomijając oczywiście takie szmiry jak Serbski film, Ludzka stonoga i inne obrażające rozum i godność człowieka wynaturzenia). W zasadzie to nie wiem, czy wypada się przyznawać, że oglądałem. Bo faktycznie jest tam trochę hardcore’owych dziwności, a grająca główną rolę Maria Schneider po wszystkim borykała się z problemami psychicznymi i do końca życia nie odzywała się do reżysera Bertolucciego. Ale po obejrzeniu stwierdzam, że oskarżenia, iż film jest porąbany, a reżyser zboczony, są nieco przesadzone. Natomiast oczywiście trzeba pamiętać, że stwierdzam to w roku 2019. Dziś można sobie pozwolić na znacznie więcej.
Co do zarzutów obyczajowych, to nie ma tam dużo więcej golizny niż w dzisiejszych produkcjach. Jest trochę świecenia cyckami oraz przynajmniej kilka razy stosunek, ale bez wchodzenia w szczegóły. Natomiast to, z czego film jest najbardziej znany, to słynna scena z masłem, która nb. wcale nie jest najdziwniejsza. Ale w całym filmie nie chodzi o erotykę.
Historia dziwnego związku między młodą dziewczyną a starym oblesiem jest na swój sposób interesująca, chociaż zaczyna się dosyć naiwnie. Ale może w Paryżu to normalne, że młoda dziewczyna, która ma chłopaka, spółkuje z facetem, którego poznała kilka minut temu, a później nadal z nim spółkuje, mimo że za kilka dni wychodzi za mąż (nie żal mi młodego, bo to zwykły komuch był i damski bokser). Owe spółkowanie z założenia ma być pozbawiony zobowiązań, więc główni bohaterowie nawet nie wiedzą, jak drugie z nich ma na imię. Ale, jak się okazuje, to nie jest takie hop-siup – sypiać z piękną młodą dziewczyną i się nie zakochać.
Wspólnie spędzony czas głównych bohaterów utrzymany jest w mrocznej stylistyce obskurnego pokoju. Co świetnie odzwierciedla sytuację głównego bohatera oraz kontrastuje z raczej wesołym życiem głównej bohaterki w przerwach między łóżkowymi igraszkami. Wszak umowa jest taka, że do związku ma nie dostawać się nic, co jest na zewnątrz. Owszem, film epatuje erotyką, ale jest ona dużo bardziej autentyczna niż turbonamiętne ujęcia ze współczesnych filmów (może poza sceną z masłem i jeszcze jedną, o której nie chcę pisać, no ale może to ja jestem zbyt pruderyjny w tych kwestiach).
Ale, żeby było jasne, film nie skupia się tylko na stosunkach fizycznych. To nie porno. Poza obskurnym pokojem też jest świat. Główni bohaterowie mają swoje sprawy, swoje problemy, swoje życie. I to całkiem ciekawe życie, które jednak dla drugiego ma pozostać tajemnicą. No ale jak tu zachować tajemnicę, gdy do związku zaczyna zakradać się uczucie?
Na pochwałę zasługuje strona wizualna. Fantastyczna gra świateł i cieni, ciekawe ujęcia. No ale za zdjęcia był odpowiedzialny sam Vittorio Storaro, więc można mieć spore oczekiwania w tej kwestii. I te oczekiwania zostały spełnione. Film był nominowany do Oscara za najlepszą rolę męską oraz za reżyserię. Z obiema ciężko polemizować. Wszak Marlon Brando był równie dobrym aktorem co Bernardo Bertolucci reżyserem. Ale w tym konkretnym roku Jack Lemmon i George Roy Hill byli lepsi.
Mimo szczucia golizną, perwersyjnych akcji czy naiwnego początku historii, film jest raczej warty polecenia. Chciałbym dać więcej, ale scena z masłem itp.
Ostatnie tango w Paryżu: 7,5/10