W ostatnich dniach można mnie podsumować w bardzo prosty sposób: zajechałem się praktycznie do upadłego – zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Ostatni dzień w pracy przed świętami (mam nadzieję, ale o tym za chwilę), czyli piątek, wyglądał tak, że można było do mnie mówić nawet najprostszymi zdaniami, a ja i tak nie potrafiłem odpowiedzieć. Głowa po prostu wysiadła. Przebodźcowanie totalne. Na szczęście dziś wszystko wróciło już do normy.
W poniedziałek planuję złożyć wizytę w centrum krwiodawstwa i z tego tytułu zgarnąć dodatkowe dwa dni wolnego przed świętami – poniedziałek i wtorek. Nie wyobrażam sobie Wigilii po nocce we wtorek. To byłoby kompletnie bez sensu i zwyczajnie nie fair wobec rodziny, która musiałaby znosić zmarnowanego, niewyspanego i nieogarniętego delikwenta. Nie o to w tym wszystkim chodzi.
Wczoraj piekliśmy ciastka i wyszło ich tyle, że do tej pory nie mam pojęcia, kto to wszystko zje. Trzy rodzaje, a ilość taka, że mieliśmy realny problem ze znalezieniem miejsca do przechowywania. Zrobiliśmy tradycyjne maślane, czekoladowe kulki i okrągłe i płaskie ciasteczka z matchą. Po całej akcji, i kilku innych mniej istotnych zajęciach, zasiedliśmy do Netflixa przy lampce wina.
Dziś – totalny chill. Nie robimy nic konkretnego. Potrzebowaliśmy takiego dnia: spokoju, braku obowiązków i jakiejkolwiek presji czasu. Trzeba się zresetować przed świętami. Za oknem warunki idealne na wyjście z aparatem, a ja siedzę jak kołek zamiast stać na jakiejś górce. Ciało jednak zbyt mocno się buntuje, żeby gdziekolwiek wychodzić.
Mimo że czuję się już w miarę wypoczęty, po raz pierwszy od dłuższego czasu odezwał się kręgosłup w odcinku lędźwiowym. Ból jest dość dziwny i nietypowy, a pojawił się dziś rano. Być może jedenaście godzin snu miało na to wpływ. Co za dużo w łóżku, to też niezdrowo 😉