🗓 Daily Blog – podsumowanie ostatnich dni
Sylwestra spędziliśmy spokojnie i w rodzinnym gronie. Najpierw wizyta w moim domu rodzinnym, później chwila u rodziców żony, a wieczorem zasiedliśmy do gier planszowych przy winie i przekąskach. O północy wyszliśmy jeszcze na zewnątrz zobaczyć fajerwerki, choć bez większych emocji – raczej symbolicznie.
Nowy rok również upłynął na luzie. Ostatnio wróciła u nas ochota na odświeżenie gier planszowych i karcianych. Żona zamówiła Scrabble, które dziś mają dotrzeć do paczkomatu, więc zapowiada się rozgrywka zamiast Netflixa przed snem. Zaliczyliśmy też noworoczny spacer po okolicy, korzystając z całkiem dobrej pogody.
Wieczorem obejrzeliśmy finałowy odcinek „Stranger Things” i mam tu dość mieszane odczucia. Jako serial „do oglądania bez myślenia”, na luzie i czysto rozrywkowo – sprawdza się świetnie. Problem pojawia się jednak w samym finale. Na ostateczne starcie z „siłami zła” trzeba było czekać naprawdę długo, a gdy już do niego doszło, okazało się – przynajmniej dla mnie – zbyt krótkie i mało rozbudowane. Zdecydowanie czuć tu niedosyt i wrażenie, że poświęcono mu za mało czasu.
Druga część odcinka to już spokojne, momentami wręcz sielankowe pożegnanie z bohaterami. Z częścią z nich żegnam się całkiem chętnie, bo po prostu miałem ich dość – i niestety są to postacie kluczowe dla całej historii. W moim odczuciu częściowo wynika to z braków aktorskich, które w produkcjach wielosezonowych z dziecięcą obsadą są dość typowe. W Stranger Things z sezonu na sezon coraz mocniej było widać przeciętne umiejętności niektórych aktorów, a w ostatnim sezonie osiągnęło to wręcz apogeum. To największy minus finału i całego sezonu.
Mimo wszystko, patrząc na piąty sezon jako całość, uważam go za dość udany – ma swoje momenty, klimat nadal działa, a serial jako całość broni się lepiej niż sam finał.
W piątek nadszedł mniej przyjemny moment powrotu do pracy po prawie dwóch tygodniach przerwy – i oczywiście od razu „ulubiona” pierwsza zmiana. Piątek był dramatyczny: brak kontaktu ze mną, totalne zombie. Spodziewałem się, że kolejne dni będą jeszcze gorsze, ale ku mojemu zaskoczeniu w sobotę funkcjonowałem już normalnie, z energią i chęcią do pracy. Wczoraj było podobnie, choć po powrocie do domu zaliczyłem solidny zjazd – najpewniej przez przebodźcowanie. Sporo działo się na maszynie, a obsada stanowisk była dość nietypowa, więc musiałem pilnować nie tylko swojej części.
W sobotę po pracy wybraliśmy się jeszcze na spacer. Niebo wyglądało wtedy tak, jakby świat miał się zaraz skończyć.
Dzisiaj dzień wolny i czas na odpoczynek, a jutro zaczynam nocki. Nie słuchałem w ostatnich dniach zbyt wiele muzyki, dlatego dzisiaj zasiadłem trochę do tematu i przejrzałem rynek elektronicznych utworów z ostatniego miesiąca. Oto, co znalazłem: