Remont doprowadzi mnie do szalenstwa, depresji i obłędu. Tak myślałem przez cały tydzień przed remontem nie wiedząc co nas czeka po rozebraniu podłogi, sufitu i ścian. Cisnienie i stres już jednak zeszły bo nie jest aż tak źle. Nie spodziewałem, że obędzie się bez komplikacji, ale wszystkie problemy da się obejść albo jak to mówią robotnicy „wyjdziemy z tego jakoś”.
Po trzech dniach remontu w końcu zacząłem się nim cieszyć. Jako człowiek leniwy i nie lubiący, kiedy za dużo się dzieje od początku planów tego remontu zżerał mnie stres i niechęć do ilości roboty jaka jest do zrobienia. Ale po tych trzech dniach stanęliśmy z żoną i tesciami na rozebranym w siedemdziesięciu procentach piętrze i o ile ich reakcja wyglądała „ja pierd… jak to wyglada”, tak moja wyglądała z usmiechem na twarzy „ja pierd… jak to będzie wyglądać”. Uzyskaliśmy ogromną łączoną przestrzeń dzięki usunięciu ścian, których zakładałem, że usuniecie nie będzie możliwe. Byłem pewny, że to ściany nośne. Nie są nośne! A raczej nie były. Już ich przecież nie ma. I tak moja wyobraźnia wybuchła pomysłami jak to będzie wyglądało po wykończeniu. Potencjał jest ogromny. Jedyna rzecz, z której nie wyjdziemy, a trochę uwiera to żałosna wysokość maksymalnie 218 cm. No cóż. Jakoś przerzyjemy. Nikt nie potrafi zrozumieć dlaczego ktoś budując ten dom zrobił sufit tak nisko mając możliwość na spokojne 20cm więcej. Jest opcja to podnieść, ale na takie ekstremalne posunięcie i rozprucie całego stropu w zimie na całym piętrze nie wchodzi w grę. Rownież finansowo.
Wiecie dlaczego cieszę się że jestem leniwy? Żona już przed remontem chciała mieć zamówione wszystko. Podłogi, meble płytki itp, a ja to odwlekałem. Gdybyśmy to zrobili to teraz bylibyśmy w czarnej dupie. Przy remoncie starego domu lepiej poczekać. Serio. Tu trzeba planować na bieżąco po odryciu co w ogóle da się zrobić. Co trzeba przerobić. Którą ścianę trzeba przenieść albo wydłużyć. Albo czy coś nie jest zgnite. Tak też bywa. Dlatego się cieszę, że jestem leniwy albo… czasem zdarza mi się być cierpliwym.