Moje poprzednie wpisy w temacie to Zero kondycji i zero stylu oraz Pierwsze i drugie próby z Total Immersion.
Niedziela w godzinach 10-14 to do tej pory dla mnie stuprocentowa gwarancja wolnego toru pływackiego. To aż dziwne, bo by się wydawało, że w weekend, gdy prawie każdy ma wolne, na basenie będzie masa ludzi. A tutaj jednak zawsze miła niespodzianka.
Mój obecny rekord to 50 długości basenu (1250 metrów) w 46 minut. Nie pamiętam, abym kiedykolwiek w życiu przepłynął tyle na raz. Tak po prawdzie to zawsze byłem słabym pływakiem.
Gdyby tak się zastanowić na poważnie, to mógłbym śmiało startować w triatlonie olimpijskim (standard): 1,5 km pływania (spokojnie dam radę), 40 km jazdy rowerem (nic trudnego, ale mój poprzedni rower się rozpadł) i 10 km biegu (najtrudniejsze z tych trzech, ale już nie raz biegłem ten dystans na jakichś zawodach). Ale chyba jednak nie, ewentualnie może kiedyś?
Wracając do pływania. Co nowego odkryłem? Pozycja głowy ma duże znaczenie. Do tej pory pod wodą patrzyłem przed siebie, przez co czułem napięcie karku i mały opór wody na twarzy. Ale po co patrzeć w przód, skoro i tak co chwilę wynurzam głowę, a do tego tor ma przecież na dnie namalowaną linię. Rozluźniając kark i kierując wzrok w dół pływa się o wiele wygodniej, bo przede wszystkim nie trzeba się na tym skupiać.
Drugą ważną rzeczą jest "odpychanie się" od wody rękami. Czyli po machnięciu ręką trzeba stawić płaską dłonią jak największy opór podczas podciągania jej do siebie.
Mam wrażenie, że te dwie rzeczy poprawiły trochę moją średnią technikę. Wciąż jednak mam problem z braniem oddechem i z machaniem nogami. Nie wiem, jak ci wszyscy pływacy są w stanie odchylić tylko lekko głowę na bok i wziąć wdech na kilka kolejnych machnięć rękami. W moim wykonaniu jest to trochę bardziej karkołomne... A nogi, cóż, to jakiś odruch człowieka, że nogami w wodzie trzeba machać, aby nie pójść na dno. Ale spokojnie, małymi kroczkami do przodu :)