8 marca. Dzień Kobiet. Opowiem więc Wam historię. Ma ona silne zwroty akcji, mało pasujące do dziś, ma jednak także wątek romantyczny, więc może… gdy trochę się domaluje tu i ówdzie… gdy naciągniecie swoje postrzeganie … może wtedy przyznacie, że to historia na dzisiaj. A zaczniemy, od d.. od drugiej strony. Od końca mianowicie. Pamiętajcie, bądźcie bezpieczni.
Kurczak karmelizowany na żurawinie
Eksperymentowanie różnie się sprawdza. Czasem coś wyjdzie, czasem nie, czasem czegoś się nauczymy. Bywa.
Osobiście, lubię eksperymentować, ale nie jakoś przesadnie. Regularna doza eksperymentów dzień po dniu pozwala odkrywać świat, a na wyjście głęboko poza swoje codzienne ramy pozwalam sobie od czasu do czasu, za to z przytupem. Nie lubię pojęcia „wychodzenie ze strefy komfortu” – ponieważ chęć do tworzenia sytuacji pełnych dyskomfortu rośnie we mnie z roku na rok. Jeżeli pożądanie dyskomfortu i prostoty staje się normą, to czy nie tak wygląda moja strefa komfortu? Wyjście ze strefy komfortu byłoby więc albo wejściem w komfort (czyli pozwolenie sobie na to żeby było łatwo – ugh), lub wejściem w jeszcze większy dyskomfort (czy stać mnie na spanie na desce, z cegłą jako poduszką?).
Pozwalam sobie na eksperymenty na co dzień, między innymi gotując. Wczoraj robiłem klasycznie, czyli na winie, czyli – co się nawinie. Miałem już po prostu podsmażyć sobie kurczaka, ale coś mnie tknęło, i dorzuciłem suszoną żurawinę. Kiedy mięsko ładnie dochodziło, uznałem że czegoś brakuje (mimo że smakowało), więc skropiłem całość delikatnie miodem… karmelizowany kurczak w żurawinie – raz!
Wiem jednak że wybranka mojego serca niespecjalnie przepada za eksperymentami, szczególnie w moim wydaniu. Zdarzyło mi się raz czy drugi podać coś mało idealnego – ot, jednego razu przesoliłem, innego razu „na winie” nie wyszło tak jak wyjść powinno… Zdarza się każdemu, prawda?
Prawda?
Na haczyku ma być to, co lubi ryba, nie rybak
Biorę sobie jednak to do serca, bo nie dla siebie gotuję. Czy nie dla siebie wybieram też prezenty, szczególnie z takiej okazji jak wspomnienia świętych Cyryla i Metodego. To jest, według tradycyjnego kalendarza, świętego Walentego.
Tak się zdarzyło że w tym roku sam 14 lutego był niestety zajęty przez inny mój związek (ten pisany dużą literą), miałem więc w głowie że trzeba się przygotować na odrabianie. Wiedziałem więc że zwykłe kwiaty nie wystarczą. Myślałem, myślałem, termin się zbliżał a ja dalej bez pomysłu. Kiedy przy jakiejś okazji użyłem tego faktu jako argumentu przed podjęciem się kolejnego zadania, moja rozmówczyni w swojej harcmistrzowskiej mądrości zaopiekowała się moimi wątpliwościami, generując rant na skomercjalizowaną akcję chcącą wyciągnąć z naszych portfelów pieniądze, i jak to nie o to chodzi. Z drugiej strony, wiem że wśród 5 języków, ten z przerysowanymi gestami i powtarzaniem po raz siedemnasty tych samych dwóch słów trafia tam gdzie powinien. Nawet jeśli ja nie lubię się powtarzać.
Algorytm jednak czuwał, i roztoczył wokół mnie swoje ramiona.
W przeciągu kilku dni na Facebooku wyświetliła mi się masa reklam około-walentynkowych. Czegóż to nie było! Najwidoczniej zawiesiłem na czymś oko o ułamek sekundy za długo, gdyż reklamy zwiększyły częstotliwość i zawęziły się do konkretnej oferty, mianowicie szydełkowanego bukietu-kocyka. Pomysł ciekawy, choć geometrycznie trywialny.
Koło, a na obrzeżach kwiatki. Jak złapiesz za środek i podniesiesz, to tworzy się bukiet. Ot, co, ale już coś.
Po kilku dniach fala reklam przełamała nawet mnie, i kliknąłem. Sprawdzić, tylko sprawdzić.
Rybka się złapała
Ze strony technicznej, wyglądało dobrze. Była kłódeczka, strona nie chwiała się, płatność koordynowana przez zewnętrzny mechanizm (nie musiałem podawać nic na stronie), więc wystarczająco sensownie. Sprawdziłem opinie o tej marce w sieci, same dobre, i pojawiają się od dłuższego czasu. Nie było to żadne wyłudzanie danych, jakie czasem dzieje się z użyciem reklam.. Chociaż „kłódeczce” zaufałem nad wyrost. Certyfikat SSL (ta słynna kłódeczka przy adresie) zapewnia jedynie, że połączenie między Twoją przeglądarką a serwerem jest szyfrowane. Oznacza to, że nikt "po drodze" nie podejrzy Twojego hasła. Nie jest to jednak certyfikat uczciwości sprzedawcy. Obecnie większość stron wyłudzających dane również posiada SSL (często darmowy), by uśpić czujność ofiary. Zawsze sprawdzaj, dla kogo certyfikat został wystawiony.
Kupiłem więc. Rozmiar duży. Dostawa do paczkomatu.
Dopiero po przelewie, coś mnie jeszcze tknęło.
Postawienie wiarygodnie wyglądającego sklepu zajmuje dziś wprawnemu oszustowi około 15 minut. Gotowe szablony (np. na Shopify czy WooCommerce) pozwalają skopiować wygląd dowolnej marki. Domena (adres .pl czy .com) kosztuje grosze, a jej rejestracja jest natychmiastowa. Oszuści często wykupują adresy łudząco podobne do oryginału lub generyczne nazwy, które znikają z sieci zaraz po zakończeniu kampanii reklamowej. I tak było w tym przypadku.
Sprawdziłem regulamin sklepu. I zaczęło się. Przed pisaniem tego wpisu nie trafiłem na artykuł o fałszywych sklepach internetowych ale wiem wystarczająco żeby zauważyć czerwone flagi. Szkoda że dopiero po fakcie.
To nie sprzedawca, tylko pośrednik, w handlu zagranicznym. Brak kontaktu, poza mailem w tej samej domenie. Sprawdziłem jeszcze raz opinie o tej marce. I cóż – opinie są, ale tyczą się… sklepu na Etsy. Nie ma śladów że, ktokolwiek prowadził wcześniej taką stronę. Raczej to tylko intrygująca nazwa żeby przyciągnąć jakichś klientów. Wyszukiwarka Google po dniu czy dwóch usunęła domenę której nie dało się znaleźć.
Cóż, nawet osoba płynna w kąkutery da się czasem nadziać. Ale przyszły maile z potwierdzeniem, dało się nawet sprawdzić status przesyłki w osobnym systemie… Trochę za bardzo wyszukane na oszustwo. Uznałem więc że to akcja podszywania się pod inną markę, wycelowana pod Walentynki. Mało świadomy konsument, ale da się z tym żyć.
Łzy, ach, gorzkie łzy
Szok przyszedł jednak samego 14tego lutego. Minął już ponad tydzień, mnie i tak nie ma na miejscu, bo w błocie przedzieram się przez lasy Beskidu Niskiego, więc to idealny moment żeby sprawdzić gdzie jest moja przesyłka.
I co?
DNS_PROBE_FINISHED_NXDOMAIN
Domena nie istnieje, DNS nie może jej odnaleźć. Po ludzku – ktoś to musiał usunąć. Żaden z maili nie był w stanie przekierować mnie do czegokolwiek działającego. Uznałem więc, że nie dość że dałem się oszukać z marką, to jeszcze dałem się skroić. Dałoby się to podsumować pewnym wulgarnym słowem, pośrednio związanym z świętem „miłości”.
Ogarnąłem zastępcze prezenty na jeszcze szybciej (spodobały się bardzo), ale ćwiartkę cytryny przełknąłem, i nie chwaliłem się tym. Na następny raz będę uważał… I tak, w poczuciu porażki, zszedłem ze sceny pokonanym.
Morał
Morału nie ma. Jest dalsza część historii.
Oto bowiem sporo czasu po walentynkach otrzymałem maila z Pocztexu, że nadano do mnie paczkę od „NAZWAFIRMY (NETHERLANDS) B.V.”. Trochę się zdziwiłem, bo z Holandii nic nie zamawiałem. Uznałem jednak – niech przyjdzie, zobaczymy. Sprawdziłem jeszcze miejsce nadania – Lublin. To już w ogóle zbiło mnie z tropu, nie byłem w stanie znaleźć w tym żadnej logiki.
Kolejnego dnia rano mail, paczka wydana do doręczenia. Przez cały dzień byłem w domu, i nic, ani widu ani słychu, wyszedłem więc wczesnym wieczorem (lub późnym popołudniem, zależnie od sposobu liczenia – no, umownie przyjmijmy że koło 18-19. Krakowskim targiem 18.30) do Rossmana, którego mam pod nosem. Trzymał mnie katar, kończyły się chusteczki, trzeba było uzupełnić zapas. Wychodząc ze sklepu, widzę nieodebrane połączenie i sms o treści „kurier”. Oddzwaniam więc, dopytuję, a kurier mówi że jest pod blokiem Królewska 55. Zdziwienie, paczka do mnie na ten adres? Odpowiadam mu więc jedyną myślą jaka przyszła mi do głowy: „tam to ja mam paczkomat”. No więc zaczyna się, że to nie paczkomat, że on pod blokiem stoi, numeru mieszkania nie ma, cośtamcośtam, dopytałem chłopa czy przypadkiem to nie jego auto blokuje wjazd do sąsiedniego bloku, spotkaliśmy się wzrokiem – namierzony. Dane na paczce się zgadzają – do mnie, mój numer telefonu, jedynie ten adres. Odebrałem więc. Miękka. Wróciłem na mieszkanie. Otwieram. Ta-dam, po miesiącu dotarło do mnie zamówienie.
Ah, jak dobrze że jest 8 marca, jest okazja żeby wręczyć prezent. I nie muszę się głowić, co dać tym razem.
Faktyczny morał
Tym razem mi się upiekło. Co jednak, gdybym zamawiał coś bardziej wartościowego? Co jeśli prezent ostatecznie nie przyszedłby? Wtedy zabolałoby bardziej.
Jak raz, zadziałałem na emocjach, nie „dzieląc włosa na czworo” (co bliskie mi osoby wypominają mi relatywnie często). I odstępując od swojego normalnego zachowania, nadziałem się – co dało się przewidzieć.
Be vigilant. Czuwajcie. Bądźcie bezpieczni. A przede wszystkim – miejcie rozwagę w swoich działaniach w Internecie.