Tytuł mówi wiele...
Ale nie wyjaśnia wszystkiego.
Otóż dziwna rzecz mnie spotyka niemalże każdego niedzielnego wieczoru.
Zaczyna się to koło godziny 20. Tak mniej więcej.
Zaczynam odliczać czas... Kiedy nadejdzie moment by iść spać, po to by jakoś w miarę się wyspać.
Wyspać się bo na 4:20 mam nastawiony budzik.
Pierwszy budzik... (wielu powie że to zła metoda ale ja się nie zgodzę).
Tak na prawdę muszę wstać o 4:40 i te 20 minut "dodatkowego" snu czasem daje mi pewnego rodzaju ulgę.
Co ciekawe w każdy poniedziałek mam sporo energii i zazwyczaj dobry humor. Czas w pracy leci mi dość szybko.
A wielokrotnie zdarza mi się w niedzielę iść spać 2h po godzinie 0:00 - czyli w zasadzie chodzę spać w poniedziałek.
( kiedy to piszę w Polsce jest 22:55 i czuję że przed godziną 0:00 nie dotrę do sypialni)
Więc skąd to poczucie jakiegoś niepokoju? Nawet nie potrafię określić jakie to uczucie.
Stres?
Ale co mnie ma stresować?
Jedzenie do pracy już gotowe. Wstaje, toaleta, jakiś jogurt na śniadanie, kawa.
Ogarniam giełdę kryptowalut i jakieś wiadomości.
Tramwaj jest o 5:18 przystanek pod domem więc jak założę buty o 5:15 to się nie spóźnię.
5 minut jazdy i wysiadam idę na przystanek autobusowy. Do 5:31 z ludźmi z pracy czekamy na autobus który wiezie nas do fabryki aparatów słuchowych.
To nie może być stres!
O 5:55 jest kupa śmiechu w szatni i często trwa ona do 14:00
W pracy nawet jak coś zrobię nie tak to nikt nie zginie.
Pytam się ja siebie skąd to dziwne uczucie?
Zły szef? Nawet nie wiem jak on wygląda.
Kierownicy źli?
Złego słowa na nich nie powiem.
Klimat jest koleżeński.
A ja siedzę dopijam piwo i myślę o następnym bo może pomoże mi łatwiej zasnąć.
To już skręt z marihuany byłby lepszym rozwiązaniem, choć by dlatego że nie ma ryzyka kaca.
Ale nawet jakbym zasnął o 22 (co czasem zdarza mi się w środku tygodnia) to niczego to nie zmieni.
W okolicach godziny 10 będę zasypiał na stojąco. Nie ma znaczenia ile spałem w nocy.
Mało tego! Czasem jak w nocy śpię 2-3 godziny to w pracy czuje się lepiej.
No chory klimat!
Najbardziej lubię drugie zmiany. Jak mam pracę od 14 do 22.
Wtedy w niedzielę nie czuję tego dziwnego czegoś...
Idę spać o 2-3 w nocy, wstaję o 9-10 rytuał się powtarza, ale mam więcej czasu na głupoty bo z domu wychodzę o 12:55
Wracam jest godzina 22:45 i siedzę czasem nawet do godziny 4:00
(Minus jest taki że ciężko załatwić sprawy urzędowe czy jakieś zakupy ;) )
0 stresu !
Czasem nawet nie wracam do domu tylko idę do pubu a w domu jestem o 3 w nocy oczywiście w stanie przyjemnego upojenia.
A następnego dnia o tej 9 czy 10 rano 0 kaca, świetne samo poczucie 0 stresu itp.
Co ciekawe, w poniedziałkowy wieczór czuję się normalnie. Czasem tylko jęczę " oo kurwa zaraz spać i do roboty a dopiero co stamtąd wróciłem" To nic że wróciłem przed 15 a już jest 22-24 i "trzeba" iść spać .
Czas w pracy i w domu mija inaczej ;)
A Wy jak macie?
Czy ja jestem jakiś anormalny po za tym że lepiej funkcjonuję nocą ?