Rok 2041. Bruksela. Zjazd Zjednoczonej Partii Europy.
CZYTAJ TAKŻE: Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie, cz. 2
Miliard - opowiadanie o przyszłej Europie, cz. 3
W wielkiej sali obrad Parlamentu Europejskiego zebrał się pierwszy, i nie tylko, garnitur działaczy Partii, a także obserwatorów z ramienia jej sojuszniczek: Partii Postępowej, Partii Równości, Partii Wolności i wciąż istniejącej Partii Zielonych. Można było znaleźć wśród zgromadzonych twarze jaśniejsze i ciemniejsze, pulchniejsze i szczuplejsze, starsze i młodsze, znużone i podekscytowane, ale łączyła ich przynależność do partii politycznych wielkiego państwa, które sięgało od Zatoki Biskajskiej po Bug i od Narwiku po Gibraltar. Europejskie Superpaństwo, czyli oficjalnie Federacja Europejska stała się faktem już kilkanaście lat wcześniej, a jednak to ten zjazd miał być najdonioślejszy. I to zarówno w blasku reflektorów, gdzie mówcy prześcigali się w pochwałach dla osiągnieć Federacji, ze wzruszeniem wspominali lata walki z reakcją faszyzmu przejawiającego się w autorytarnych osobowościach, samowystarczalności gospodarczej i jakiejkolwiek opresji wobec mniejszości. Jednym z mówców poruszających powyższe tematy był francuski działacz Francois Leclerc.
- Dziękuję, dziękuję. – starał się uciszyć owację z sali po swoich słowach o tym, że Europa stoi u progu świetlanej epoki – Przyszłość jeszcze będziemy mogli oglądać i choć jestem przekonany, że będzie to widok wspaniały, to jednak w swoim przemówieniu nawiązać chciałem do przeszłości, która doprowadziła nas tutaj. Już wielu z Państwa jest za młodych by pamiętać dobrze problemy, jakie nacjonalizm i egoizm narodowy sprawiły w uskutecznieniu pięknej wizji, która dziś staje się rzeczywistością. My starsi pamiętamy, i biję się tutaj w pierś za moją dawną ojczyznę, odrzucenie Konstytucji dla Europy, która doprowadziłaby nas do punktu, w którym jesteśmy znacznie szybciej. Pamiętamy traktat z Lizbony, który szczęśliwie udało się powszechnie ratyfikować i wkroczyć na wyboistą drogę do naszej wspólnej Europy bez granic, podziałów i wszystkiego, co stanowi podstawę dla totalitarnych reżimów. Pamiętamy tych, którzy stanęli nam na drodze, którzy nie chcieli zjednoczenia naszego wojskowego potencjału, którzy woleli wykluczać, tkwić w starych przyzwyczajeniach, stereotypach, dyskryminować mniejszości, podnosić ksenofobię do rangi patriotyzmu. – tu znów nastąpiła owacja zwłaszcza w pierwszych rzędach auli, nie przypadkiem zresztą, gdyż każde kolejne słowo w ostatnim zdaniu było akcentowane co raz głośniej – Ale my wybaczamy wszystkim tym, którzy byli wtedy przeciwko nam. Nie mieli tej świadomości europejskiej, która nam wydaje się oczywistością. Jednak teraz już wszyscy razem kroczymy drogą postępu dla lepszej przyszłości, wolności, równości, braterstwa w każdym zakątku zjednoczonej Europy, czy to nad Sekwaną, czy Dunajem, Wisłą czy Wełtawą. – zrobił pauzę, wrzawa znów się podniosła. Potem zaczął już spokojnie – Życzę sobie i Wam, abyśmy już z tej właściwej ścieżki nie zbaczali, choć na pewno będziemy się potykać, to warunek podstawowy jest spełniony: idziemy we właściwym kierunku – prawdziwie zjednoczonej Europie! – podniósł obie ręce w geście tryumfu. Większość zebranych wstała, by oklaskiwać Leclerca. On sam powoli zszedł z mównicy i ruszył na swoje miejsce ściskając kilkanaście kolejnych dłoni, które wyciągnięto w jego stronę. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy politycy, a na pewno ci z pierwszych rzędów zaznali prawdziwego szczęścia słuchając przemówienia francuskiego działacza. On sam w końcu dotarł na swoje miejsce, szeroko uśmiechnięty, bez zmiany wyrazu twarzy wytarł swoją łysinę, otoczoną krótkimi siwymi włosami na skroniach i potylicy i sam zaczął klaskać zanim jeszcze zapowiedziano kolejną osobę, która miała przedstawić swoje wystąpienie. Zupełnie, jakby atmosfera doniosłości i radości udzieliła się i Francois Leclercowi.
Trzy fotele dalej na lewo, na honorowym miejscu, zasiadał Giorgio Augusto Rossi, przewodniczący Zjednoczonej Partii Europy i szef europejskiej Komisji. Był dalekim krewnym Ernesto Rossiego, który sto lat wcześniej spisał razem ze Spinellim najważniejszy dokument programowy nowoczesnej Europy w więzieniu na wyspie Ventotene. Giorgio Augusto nie miał pojęcia, czy jego niemal przodek liczył, że program będzie prawdziwie realizowany z uwzględnieniem oczywiście dostosowania działań do sytuacji. A teraz stał w punkcie, gdzie już nic nie powinno stanąć na przeszkodzie w tym, by wizja autorów „Manifestu z Ventotene” stała się rzeczywistością. I to on, Giorgio Augusto Rossi, przewodził państwu, które było bliskie stania się przestrzenią dla realizacji tej wizji. Uśmiechał się serdecznie w sali obrad, będąc szczerze zadowolonym. Choć mimo tego, jego uśmiech nie był szczerym odzwierciedleniem stanu duszy, a raczej maską pasującą do przedstawienia. Naiwnością bowiem byłoby twierdzić, że pod swoimi kręconymi, kruczoczarnymi włosami, przyciętymi na tyle krótko, by fale ledwo można było wychwycić, mógł znajdować się mózg, który jednocześnie doprowadził go na sam szczyt i nie był w stanie zrozumieć, że takie spędy partyjne są głównie przedstawieniem dla mas. Uśmiechał się więc, jak należało. Niektórzy uważali, że był przystojny. Miał ponad metr osiemdziesiąt, był dobrze zbudowany, ale nie na modłę kulturystyczną; wyglądał na kogoś, kto o siebie dba. Miał też parę przenikliwych ciemnych, brązowych oczu, nos nieco większy niż przeciętny, szerokie usta i dwa rzędy idealnie równych zębów. Nie miał jeszcze czterdziestu pięciu lat. Brakowało mu jeszcze pięciu miesięcy. Był z siebie zadowolony, rozumiał, że poza wszystkimi szczęśliwymi okolicznościami, wykorzystał każdą okazję jaką miał, by dojść do władzy, której chciał i potrzebował dla realizacji wielkich planów. O tych planach wspominała jego hiszpańska koleżanka, która siedziała dwa miejsca na prawo, zaraz obok Leclerca. Wspięła się po stopniach na mównicę. Miała wdzięczne ruchy i była względnie młoda, wielu sądziło, że przed czterdziestką. Rossi doskonale wiedział, że była dwa lata starsza od niego. Jej nieoficjalni i oficjalni partnerzy często zbliżali się dopiero do trzydziestki. Nosiła garsonkę, dość zwyczajną, a i tak przykuwała uwagę. Przewodziła dyplomacji Federacji Europejskiej. Pochodziła z Hiszpanii, nazywała się w skrócie Mercedes Sanchez, po pominięciu kilku innych imion. - To niezwykła radość móc dzisiaj przemawiać w tych okolicznościach. – mówiła po angielsku. Nikt ważny nie próbował innego języka w tej auli – Pamiętam dobrze, jak dwadzieścia pięć lat temu jeden kraj chciał opuścić nasz piękny projekt. Zrozumieli jednak, że jedność i wspólnota są ważniejsze od egoistycznych ciągot. Zwiedzeni populizmem ludzie opowiedzieli się za tym, by żyć za granicami. Dali sobie wmówić, że nasza wspólnota za dużo ich kosztowała, nie widzieli tych dobrodziejstw, których doświadczali z naszej strony i każdy problem chcieli przedstawić jako źle zaprojektowaną Unię. Zrozumieli jednak, że nikt lepiej nie rozwiąże problemów niż jedna, spójna europejska wspólnota, bez granic. I wrócili, a my przyjęliśmy tych synów marnotrawnych, by dalej razem budować naszą wielką rodzinę Europejczyków. – część anglojęzycznych z urodzenia posłów wstrzymała się od owacji, ale nie było to ogólnie zauważone. Poza tym znów podniosła się wrzawa. Przez kilkanaście sekund ciężko było komisarz Sanchez przebić się przez tumult sali. – I teraz, w tym szczególnym momencie, mogę do Was wygłosić te kilka słów i obiecać, że będę dążyć do coraz lepszej i głębszej integracji w ramach naszego państwa, by już egoistyczne narody stały się tylko pieśnią przeszłości i przestrogą dla przyszłych pokoleń. Faszyzm już nigdy nie będzie, nie podniesie głowy ta brunatna hydra. I mamy nadzieję, że długo nie potrwa aż osiągniemy cele naszych założycieli. Będziemy cieszyć się wolną od wojen i uprzedzeń federacji, bezwzględnie zwalczymy resztki nacjonalizmów i innych niebezpiecznych ideologii, by każdy cieszył się wolnością, tolerancją i korzystał z prawa do szczęścia, jak tylko sobie to wyobraża. Życzę Państwu… Nie, niczego nie życzę, bo wiem, że to jest coś, co osiągniemy w dostrzegalnej przyszłości. Niech żyje Europa! – wykrzyknęła na koniec, a jej optymizm również udzielił się pozostałym. Okrzyki „Niech żyje Europa!” czy „precz z faszyzmem” na dobrą minutę opanowały dźwięk w nadawanych na żywo audycjach telewizyjnych. Zatem ostatni mówca poprzedzający Rossiego, który już ruszył zastąpić Sanchez na mównicy, skorzystał z entuzjazmu rozpoczynając własne przemówienie. Siedział wcześniej, jak można się domyślić, bezpośrednio po lewej od Giorgio Augusto. Zajmował się finansami Federacji. Miał już swoje sukcesy, dlatego wciąż piastował swoje stanowisko i cieszył się poparciem kolegów. Był najmłodszy z „Wielkiej Czwórki” – Leclerca, Sanchez, Rossiego i jego, Gerharda Hubera. Urodził się w Linzu nad Dunajem, szybko zrobił karierę w świecie finansjery i Austria była dla niego za ciasna już w wieku trzydziestu lat. Poszedł do polityki i odnalazł się idealnie w unijnych strukturach. W roku 2030 wprowadził dochód podstawowy na terenie całej Unii, prawie nikt nie protestował i wtedy jeszcze teoretycznie niepodległe państwa szybko wdrożyły plan Hubera. Był jedynym blondynem z całej czwórki, czesał się do tyłu, nosił eleganckie garnitury w stylu włoskim i zawsze miał przy sobie zapalniczkę. A nie palił odkąd wszedł do świata polityki. W momencie przemówienia na zjeździe partii miał czterdzieści dwa lata i dwa dni.
- Zwyciężyliśmy! – krzyknął na początek przebijając się jakoś przez wrzawę, ale jednocześnie wzmógł ją na kilkadziesiąt kolejnych sekund – Zwyciężyła Europa! Osiągnęliśmy lepszy świat na miarę naszych możliwości. – zatrzymał się na chwilę – Ale to nie jest nasze ostatnie słowo! – dodał mocniej, tłum wiwatował. Zjazd partii stał się jedną wielką fetą. Niektórzy europosłowie wręcz podskakiwali i machali chorągiewkami z dwunastoma gwiazdami na niebieskim tle – Nasze finanse nigdy nie miały się lepiej. Praktycznie wyeliminowaliśmy ubóstwo i szarą strefę. Co może mniej doniosłe, wycofaliśmy obrót gotówkowy zupełnie i mennice nie szkodzą już środowisku, wytwarzając przestarzałe nośniki w postaci banknotów, które ułatwiały nielegalne transakcje. Europa jest bezpieczniejsza, uczciwsza i bardziej otwarta na człowieka niż kiedykolwiek wcześniej. Mam ogromny zaszczyt brać udział w ciągłym rozwijaniu naszego państwa. Nareszcie jednego, wspólnego silnego, sprawiedliwego, zamożnego państwa, gdzie każdy jest u siebie. Prawdę mówiąc, będąc dzieckiem nie pomyślałbym, że uda się urzeczywistnić ten plan, a już wizja, że stanie się to za mojego życia, była absolutną abstrakcją. A jednak jesteśmy w tym miejscu, dzięki wspólnemu wysiłkowi, mądremu przywództwu, dzięki konsensusowi, integracji, dobrej woli wielu. Mógłbym tak wymieniać godzinami, co nasi przywódcy i obywatele pokazali i co zaprowadziło nas do tego miejsca. Udało się ograniczyć wyzysk, także dzięki upaństwowieniu gospodarki. A to prowadzi nas do sprawiedliwszego świata, gdzie redystrybucja świetnie się sprawdza. Oczywiście zdarzało się, że trzeba było podjąć trudne decyzje i użyć środków, które wymagały odwagi wśród przywódców i widzimy dzisiaj, że warto było podjąć czasem trudne decyzji dla wspólnego dobra. – Rossi przymknął oczy, był pewien, że wie, o czym mówił Huber, ale też, że pozostali wiedzą o małym wycinku środków i działań, które podjęto z jego inicjatywy na początku lat trzydziestych. Huber kontynuował – Dzisiaj, nie ukrywam tego, jestem szczęśliwy. Stajemy u progu nowej epoki dobrobytu i szczęścia. Nie może już być inaczej! Dziękuję. – zszedł niespiesznie z mównicy i podobnie jak Leclerc, „przybijał piątki” politykom, których mijał w drodze na swoje miejsce.
- Bardzo mi miło, że tak licznie i entuzjastycznie zjawiliście się na naszym zjeździe. – zaczął swoje krótkie słowo Giorgio Augusto, nie dotknąwszy jednak nikogo w drodze na mównicę, a i w czasie przemowy jego uśmiech był zdecydowanie bardziej stonowany – To zaszczyt pracować dla naszego wspólnego dobra. Mogę tylko obiecać, że wciąż będę stał na straży bezpieczeństwa, wolności, tolerancji, zrównoważonej polityki, równości, czystego powietrza i wszystkich wartości, które uniwersalnie wyznajemy w naszym wspólnym domu, Europie. Oczywiście podejmę właściwe środki, jeśli naszemu państwu będzie coś zagrażać, choć liczę mocno, że nie będzie żadnej takiej potrzeby. Ostatnie lata pokazały, że można iść naprzód mocnym krokiem i że społeczeństwo popiera zarówno kierunek, w którym zmierzamy, jak i sposób docierania do lepszego jutra. Drodzy Europejczycy, nie chciałbym zabrzmieć pysznie, ale jeszcze nikt nie doszedł tak daleko jak my na drodze postępu. Jesteśmy społeczeństwem świadomym celów, jakie chcemy osiągnąć, wiemy jak je osiągnąć. Udało się wydobyć z licznych kajdan zaściankowego myślenia, przywiązania do dawnych narodów, nieracjonalnej moralności wynikającej z przesądów i zabobonów. Nowi ludzie, jakimi już powoli udało nam się stać, będą już powszechnym zjawiskiem w przyszłych pokoleniach. Społeczeństwo osiągnie pełnię swoich możliwości, jestem o tym przekonany, właśnie dzięki reformom naszych poprzedników, a także moich obecnych współpracowników. Dziękuję wszystkim, którzy dokładają swoją cegiełkę w budowie lepszego świata. Każda z tych cegieł będzie mieć swoje zasługi w powstaniu wieży – szczytowego dorobku ludzkości. Położyliśmy już fundament i budowa rusza. Nie należy jednak się rozpraszać, gdyż lekceważenie tego zadania, może obudzić wrogów naszej wolności i postępu. Oczywiście nie są w stanie nas pokonać, bo są krótkowzroczni. Niemniej, należy zawsze być czujnym, pracowitym i skupionym na celu. Zapewniam, że w każdym dniu mojej pracy dla naszej społeczności staram się działać właśnie w taki sposób. I wierzę, że każdy z nas robi co może, by wspomóc tę wielką budowę. Bardzo wszystkim dziękuję i proszę o kontynuację. A najlepsze przed nami. Dziękuję. – po czym dość spokojnie i bez oglądania się ani przybijania piątek, wrócił na swoje miejsce. Nie uważał tego za konieczne. Wolał, żeby inni wyglądali na rozentuzjazmowanych, a on mógł być wtedy tym stonowanym liderem. Zresztą tak w sumie było. Tak przynajmniej mu się wydawało, że jego najbliżsi współpracownicy byli uradowani, a on tylko zadowolony. Zwłaszcza Leclerc sprawiał wrażenie, że zjazd Partii jest okazją do okazania jego prawdziwej radości. Rossi nie rozumiał tego zupełnie.
*
Uroczystości trwały jeszcze kilka godzin. Odsłonięto wielki pomnik Altiero Spinelliego, wieczorem premierę miało przedstawienie „Ventotene” o pobycie wyżej wspomnianego w więzieniu razem z dalekim krewnym Giorgio Augusto. Oczywiście każdy z czwórki musiał pojawić się na obu wydarzeniach. Nie było od tego ucieczki. Po przedstawieniu jednak Rossi zebrał swoich towarzyszy w wygodnym mieszkaniu, które wynajmował w luksusowej dzielnicy Brukseli. Chciał przedstawić swoje przemyślenia na dalszy rozwój Federacji Europejskiej. Wszyscy byli elegancko ubrani, prosto z teatru. Leclerc miał na sobie smoking i muchę, Huber postawił na garnitur z delikatnymi prążkami i chabrowy krawat, Sanchez wybrała czarną sukienkę bez rękawów, dość obcisłą, i szpilki. Jej torebka była niewielka, tak zwana koperta. Rossiego kusiło założenie munduru galowego, wszak za operację „Ahmed” został mianowany generałem brygady, ale ostatecznie postawił na coś podobnego do Leclerca. Jednak jako gospodarz pozwolił sobie szybko na zdjęcie zarówno muchy jak i marynarki. Osobiście podał gościom po drinku: Leclerc wybrał wino – Bordeaux, Huber był koneserem brandy, Sanchez poprosiła o koniak, a sam Rossi zdecydował się na szkocką. Można by powiedzieć, że spotkanie wyglądało na takie z dawnych czasów. Nie używano tam bowiem żadnego sprzętu elektronicznego. W mieszkaniu Rossiego wszelka łączność była blokowana, kiedy tylko sobie tego zażyczył. Z tego powodu wnoszenie telefonów do salonu mijało się z celem, a jednak wszyscy grzecznie zostawiali je w przedpokoju. Spotkania u Rossiego były zawsze tajne i nie powstawały żadne notatki na temat podjętych ustaleń, nawet jeśli część z nich była później oficjalnie realizowana. - Kolacja będzie niebawem. Wtedy przedstawię Wam swoje przemyślenia i porozmawiamy. – zapowiedział gospodarz, kiedy wszyscy wygodnie usiedli w salonie. W kuchni uwijał się już zespół kelnerów, którzy przechodzili między jadalnią a kuchnią właśnie. Mimo, że Rossi nie poruszał żadnych kontrowersyjnych ani tajnych tematów, drzwi do jadalni były zamknięte, co w wypadku tego mieszkania, gwarantowało, że żaden dźwięk nie wydostanie się z salonu. Zatem, gdyby komuś przyszło do głowy powiedzieć coś nieprzeznaczonego dla uszu spoza ósemki, która znajdowała się w salonie Giorgio Rossiego, nie stałoby się nic. Gospodarz zatem powiedział coś więcej, niż planował.
- W skrócie mój plan sprowadza się do jednego słowa: miliard. – uśmiechał się zadowolony z siebie. Jego towarzyszom oczywiście nic to nie mówiło.
- Miliard? To w sumie niewielkie pieniądze, więc wątpię czy o to chodzi. – stwierdził zafrasowany Huber.
- To może miliard uchodźców do pracy? Na pewno trochę rąk by się przydało, ale tyle? – zastanawiał się Leclerc.
- Miliard mieszkań? To chyba też za dużo? – wtrąciła Mercedes Sanchez. Rossi dobrze się bawił słuchając ślepych strzałów pozostałych polityków. Nie wyjaśnił jednak, a kilka sekund później, jak na zamówienie, usłyszeli dzwonek nad drzwiami. Jakiś kelner pociągnął za sznur w jadalni.
- Zapraszam do stołu. – Giorgio Augusto przedłużył zatem napięcie. Z początku przy stole obecna była obsługa, więc rozmawiali o przedstawieniu ku niezadowoleniu gości i zadowoleniu gospodarza. Ocena scenografii i gry aktorskiej trwała na szczęście dla zebranych, którzy improwizowali, mniej niż dziesięć minut. Potem rozmawiano o zjeździe Partii, w dość żartobliwym tonie. Można by odnieść wrażenie, że zapomniano o zagadkowym planie Rossiego. Nie było to prawdą, ale nieźle to ukrywali. A trwało to do prawie dwudziestej drugiej. Wtedy podziękowano już obsłudze. Desery zniknęły, a z drinkami czwórka zebranych mogła sobie poradzić sama. Kiedy tylko zostali sami i wrócili do salonu na wygodniejsze miejsca, wrócił temat tajemniczej liczby rzuconej wcześniej przez Giorgio Augusto.
- Mam nadzieję, że to nie kolejna operacja „Ahmed”? – zasugerował Francois Leclerc, lekko żartobliwym tonem.
- Zdecydowanie nie. To coś zdecydowanie bardziej „monumentalnego”. – Rossi brzmiał jakby dopiero co wpadł na pomysł użycia tego przymiotnika, ale dawno już miał go w głowie.
- Więc o co chodzi? Miliard to taka nijaka liczba, i za duża i za mała jednocześnie, żeby ją do czegoś przypasować. – wtrącił Huber ciągnąc jednocześnie za język szefa Komisji.
- O miliard ofiar. – ten ostatni odpowiedział najzwyczajniej w świecie i pokiwał głową.
- Miliard ofiar? – Leclerc podniósł głos – Zwariowałeś? Co? Jak? – wpadł w ciąg krótkich pytań, a zauważywszy swoje nieopanowanie, wychylił swojego drinka na raz.
- Dolać Ci? – Giorgio Augusto się zaśmiał. Francois wyglądał na wściekłego.
- Na spokojnie, Francois. – wtrąciła się Sanchez – Giorgio, o czym Ty mówisz? Milion ofiar czego? – zwróciła się do Rossiego bardziej zdziwiona niż wystraszona.
- Ofiar naszego systemu naturalnie. – wyjaśnił gospodarz i wstał z fotela – Myślałem nad tym sporo i nawet zleciłem pewne analizy. Doszedłem do wniosku, że utrzymanie systemu wymaga ofiar. Prawdę mówiąc już od dawna to było dla mnie oczywiste. Jednak gnębiło mnie pytanie, czy da się skorelować liczbę ofiar ze skutecznością systemu. Ciężko było to stwierdzić. Poczynając od Robespierre’a, Lenina i Trockiego przez Stalina, Hitlera, Mao i Pol Pota aż do Kimów, zauważyłem, że gęsto ścielący się trup, że tak to ujmę, jest zawsze przydatny. Jednak żadnemu z nich nie udało się stworzyć systemu na zawsze, mimo deklaracji. Doszedłem do wniosku, że możliwe są dwie odpowiedzi na pytanie: Jak zagwarantować trwałość systemu na długi, długi czas? Pierwsza odpowiedź brzmi: liczba nie ma znaczenia, o ile terror stosuje się źle, atakuje w niewłaściwych punktach lub zostają luki w systemie. Druga odpowiedź to taka, że żaden z wymienionych przeze mnie przywódców nie doszedł do odpowiedniej liczby, która przekroczyłaby punkt krytyczny. Na przykład miliard. – wziął łyk szkockiej, westchnął i kontynuował – O ile pierwsza koncepcja wydaje się, przynajmniej na pierwszy rzut oka, bardziej prawdopodobna, to jest też trudniejsza do przetestowania. I tak w praniu wyjdzie, czy nasz system nie ma luk, ale ciężko teoretycznie uzasadnić, a potem realizować projekt totalnego państwa, które nie może upaść. Zatem uznałem, że dążenie do krytycznej liczby jest hipotezą, którą należy przetestować. W zasadzie tyle. – uśmiechnął się na koniec. Jedyny w całym pokoju był w stanie to zrobić.
- Zamordujemy miliard osób, żeby państwo być może przetrwało? – zapytał wzburzony Leclerc, kładąc nacisk na „być może”.
- Tak. Choć powiedziałbym, że najprawdopodobniej, nie tylko być może. – odparł Rossi zadowolony z tego, że jest opanowany, a Leclerc nie.
- Przecież nie ma to sensu. – Huber wtrącił swoją uwagę – To znaczy, nawet jeśli koncepcja jest słuszna. Po prostu nawet nie mamy tylu mieszkańców.
- Słuszna uwaga. – przytaknęła Sanchez. Leclerc też się uspokoił.
- O co tu chodzi? – zapytał Francuz i nalał sobie nowego drinka – Na pewno umiesz liczyć na tyle, że to zauważyłeś. – zwracał się oczywiście do Rossiego.
-Dobrze, że Gerhard wyciągnął ten motyw. Oczywiście mój plan jest bardzo długotrwały i będzie na początku wymagał tego, żeby było nas coraz więcej. Chyba nie sądziliście, że chciałbym tak po prostu wytłuc miliard osób w jak najkrótszym czasie. – szczerzył zęby – Przepraszam, że Was wystraszyłem. Nie mogłem sobie tego odmówić. Wybaczcie. Po prostu ta liczba robi wrażenie i nie chciałem go osłabiać. Musimy promować rozmnażanie jak to tylko możliwe, a jak już machina się rozpędzi, wtedy terror może też nabrać rozpędu. Proste, prawda? - Jak dobrze wiesz, nie jestem zwolennikiem terroru. – Leclerc odstawił swoją szklankę odrobinę zbyt mocno.
- Oczywiście, wszyscy o tym pamiętamy, ale takie deklaracje zostaw sobie na publiczne wystąpienia. – Giorgio Augusto podniósł głos i podał rozmówcy podstawkę pod szklankę. Nie spodobało mu się postawienie szkła z zimnym alkoholem bezpośrednio na dębowym blacie.
- O co Ci chodzi, Giorgio? Przecież tak właśnie jest. Nigdy nie popierałem Twoich metod. Ani operacji „Ahmed” ani tego twojego miliarda. – żachnął się najstarszy z gości.
- Ty chyba uwierzyłeś we własną propagandę, Leclerc. – Giorgio Augusto uniósł głos, choć nie krzyczał. Jednak słychać było różnicę – Jak możesz nie być zwolennikiem terroru, jak bez tego terroru Cię nie ma? Gdyby nie operacja „Ahmed” teraz biłbyś pokłony na dywaniku w stronę Mekki albo mielibyśmy wojnę domową. Czy Ty zupełnie nie rozumiesz, co my tutaj robimy? – odetchnął po tych słowach i dodał spokojniej – Przecież musisz rozumieć. Bez terroru nie będzie niczego.
- Przecież czytałem „Manifest z Ventotene”. Czytałem Marcusego. Nie traktuj mnie jak idioty. – odparował Francois Leclerc żywo gestykulując.
- No i bardzo słusznie. Polecam też „Manifest komunistyczny” i „Co robić?”. Lepiej późno niż wcale. – ironizował Włoch.
- Czytałem oczywiście. – burknął Francuz.
- Możliwe, że bez zrozumienia. – Rossi uśmiechnął się w prawym kąciku ust, zmierzwił swoje delikatnie falujące włosy, machnął ręką i kontynuował – Nieważne. Będę wprowadzał pewne zmiany i mam nadzieję, że, jak zawsze, pomożecie mi profesjonalnie i zgrabnie. – uśmiechnął się do każdego po kolei.
- Jak zawsze. – zgodził się Gerhard Huber, już mniej elegancki, zdjął marynarkę i odpiął górny guzik koszuli po kolacji.
- Tak, mamy do Ciebie zaufanie. – przyznała Sanchez i spojrzała na zegarek.
- Niedługo Was puszczę. – zaśmiał się Girorgio – Francois? Jesteś ze mną? – spojrzał pytająco na Leclerca.
- A co ja mogę? Zrobię co trzeba. Ty jesteś Augustem. – wychylił zawartość swojej szklanki.
- Dobre. – Rossi znowu wyszczerzył zęby – Dziękuję, Francois. Zaufanie się opłaci. Jak zawsze. – ostatnie zdanie znów się powtórzyło – Komuś jeszcze nalać?
Goście pokręcili głowami. Czy to dla świętego spokoju, czy rzeczywiście wierzyli w przywództwo Rossiego jako najlepszą możliwą opcję, tego nie wiedział. Potrzebował tylko, żeby mu nie przeszkadzali. Później i tak pomogą, to wiedział. Pozostało ich pożegnać. - Collodi przekaże Wam szczegóły. Do zobaczenia. – odprowadził swoich gości do przedpokoju. Samochody czekały w pobliżu. Można było w każdej chwili wyjść. To było wygodne. Bez dwóch zdań. Na szczęście wysoko postawieni oficjele mogli sobie na taką wygodę pozwolić. Nawet nie zauważali, że z tego korzystają. Rossi miał wrażenie, że tylko on jeden rozumie zupełnie, co muszą zrobić. Oraz to, że sytuacja jest zła i musi zostać uratowana wszelkimi możliwymi środkami. Oczywiście to, że sytuacja była zła, nie było problemem. Było to częścią planu. Ale tego planu nie rozumiał pięknoduch Leclerc, Huber mógł rozumieć, że sytuacja jest zła. Ba, na pewno to rozumiał, ale też nie wiedział, że to tak naprawdę część planu. I na pewno był wdzięczny Rossiemu, że chętnie brał na siebie rozwiązanie tego problemu. I to doskonale leżało temu ostatniemu. Co do Sanchez, była przydatna, zwłaszcza w sytuacji, gdy sprawy przybierały nowy obrót. Chiny rosły w siłę i przestawały już prawie zupełnie być „fabryką świata”, w międzyczasie Saudowie zdradzili na ich rzecz Amerykanów, a Rosja traciła na znaczeniu z każdym dniem od śmierci Putina, marginalizowana przez Chińczyków, którzy skolonizowali w dużym stopniu Syberię, i blokowana przez Federację na Bałtyku. Nie było wiadomo, czy nie dojdzie do jakiejś wojny w ciągu pięciu czy dziesięciu najbliższych lat. Im słabsza była Federacja, tym szanse na to rosły. I o ile Giorgio Augusto nie miał nic przeciw samej wojnie, o tyle miał sporo przeciw wojnie, którą przegrałby sromotnie. Dlatego należało przedsięwziąć odpowiednie środki. I tutaj wkraczał Collodi. Najbardziej zaufany człowiek Rossiego i jego współpracownik jeszcze sprzed operacji „Ahmed” i przyspieszeniem kariery Giorgio. Renato Collodi był chudy i wysoki, a do tego miał bardzo długi nos, co szczególnie bawiło Rossiego w połączeniu z nazwiskiem Collodi. Włosy miał dość jasne, ale nie było to aż tak dziwne. Collodi pochodził z Turynu, a Rossi z Neapolu. Może różnica w wyglądzie obu Włochów wydaje się mniej zaskakująca. Gdyby nie rozmawiali w ojczystym (kiedyś) języku, postronny obserwator obstawiałby zapewne, że nie są z jednego kraju. Także tej nocy, kiedy Renato Collodi stawił się w mieszkaniu szefa Komisji.
- Dobry wieczór. – powiedział po prostu w drzwiach ten pierwszy. Dochodziła północ.
- Dobry wieczór. – odpowiedział gospodarz spokojnie. Nie pił nic w międzyczasie, więc był niemal trzeźwy. Zaprosił kolegę do salonu – Drinka? Może coś bardziej swojskiego? Mam Chianti. – zaoferował i otrzymał zgodę na poczęstowanie winem. Obaj skorzystali.
- Dziękuję. – rzucił Collodi przyjmując kieliszek i zaraz potem usiadł w fotelu po pierwszej ocenie bukietu i małym łyku.
- Przepraszam za porę. – zaczął mówić Giorgio Augusto – Ale nie chciałem czekać. A już nieraz spotykaliśmy się po nocy.
- Nie ma sprawy. Rozumiem, że to coś ważnego. – długonosy kiwał głową ze zrozumieniem.
- Zdecydowanie. Jeżeli oglądałeś relacje z Parlamentu, to widziałeś, że wszystkich dopadła jakaś euforia. I gdybyś nie zjadł na polityce zębów, mógłbyś uwierzyć, że jesteśmy w jakimś świetnym momencie dziejów. Moment jest, co prawda, przełomowy, ale jeżeli nie podejmiemy odpowiednich działań, to będzie równia pochyła. – westchnął gospodarz, czuł, że może mówić więcej niż przy swoich kolegach-oficjelach.
- Ale masz już plan, jak temu zapobiec, jak rozumiem? – spytał uprzejmie Collodi.
- Oczywiście. Poważnie traktuję swoją pracę. – zaśmiał się Rossi. Po czym wstał i poszedł do sejfu, z którego wyjął dwie teczki. – To pierwsza sprawa. Bardziej oczywista. W środku jest dokładna instrukcja co do działań przemysłowych, propagandowych i politycznych. Będziesz wiedział, co robić. Rozpisałem kontakty do ludzi, którzy zajmą się szczegółowo poszczególnymi punktami. Bardzo ważna jest kolejność działań. Jakby co, wytłumaczę, ale znamy się tyle, że wiem, że dasz sobie radę bez dodatkowych danych. – opowiedział, po czym podał grubszą teczkę swojemu koledze z Turynu.
- W skrócie: o co w tym chodzi? – zapytał gość klepiąc teczkę lewą ręką i odkładając tę teczkę na stolik, a ręka z kolei powędrowała do rzadkich włosów, by je poprawić.
- W sumie o pieniądze, o broń, o fabryki. Zobaczysz sobie. – Rossi poczęstował się winem. Było takie, jak trzeba. O dziwo. – Bo widzisz, jeszcze się zdarza wypić dobre wino i ktoś je robi. Ale w dużej mierze towarzystwo nie potrafi absolutnie nic pożytecznego, więc albo nie robi nic, albo coś bezsensownego. Trzeba ich zatem przekierować do użytecznej pracy.
- W fabrykach broni? – Collodi sprawdził czy nadąża.
- Między innymi. Tak. – Rossi uśmiechnął się, że w istocie jego gość był pojętny.
- Rozumiem, że niekoniecznie zgodzą się polubownie? – zauważył jeszcze długonosy z północnych Włoch.
- Jestem przekonany, że nie. To jednak żaden problem dla nas. – Rossi rozpiął dwa górne guziki koszuli i podwinął rękawy. Miał wrażenie, że jest duszno. Wstał i włączył klimatyzację.
- Po operacji „Ahmed” nie śmiem wątpić, że i to się powiedzie. – Collodi się uśmiechnął. Rossi wyciągnął wskazujący palec i uśmiechnął się z aprobatą.
- Dobrze rozmawiać z kimś rozumiejącym proste mechanizmy. Cały dzień musiałem siedzieć na jakichś pokazowych akcjach. To potrafi zmęczyć. – opadł na fotel – Rozumiesz, że ludzie na szczycie potrafią sugerować mi coś, że nie podobała im się operacja „Ahmed”, o której wspomniałeś? – kręcił głową.
- To było przecież genialne w swojej prostocie. – niemal wykrzyknął chudy gość.
- Dziękuję. – gospodarz zaśmiał się w głos – Przecież trzeba było zrobić porządek z tymi wszystkimi muzułmańskimi gettami. Najłatwiej było dopuścić do paru zamachów, jakieś udaremnić, zadziałać prewencyjnie. No i oczywiście samemu trzeba było część z tych zamachów przygotować. Potem masowe więzienia i deportacje były już jak najbardziej akceptowalne. I efekt jaki: grzeczna muzułmańska społeczność, uspokojona reszta, przetestowana Europejska Armia i powszechne poparcie dla powstania Federacji. Przecież to było tak proste. – Giorgio Augusto żywo gestykulował.
- Ja to rozumiem. Cel uświęca środki, jak to mówią. Można powiedzieć, że jakby nie ta akcja, mogło zginąć więcej osób. A nawet jeśli nie, to mamy teraz stabilną sytuację. – przytaknął spokojnie Collodi. Rossi polał jemu i sobie więcej wina.
- Czasem mam wrażenie, że jesteśmy ostatni. Dobrze, że wtedy znaleźli się ludzie, którzy przyjęli mój plan. – dodał z rozczarowaniem gospodarz popijając wino. „I jednocześnie tak bardzo nie chcieli być z nim kojarzeni, że dali mi szansę oficjalnie zaistnieć”, pomyślał.
- I dobrze, że mogłeś na tym wypłynąć i nikt Ci nie ukradł zasług. – dodał gość mówiąc mniej więcej to, co gospodarz pomyślał. Giorgio Augusto zaśmiał się już bez ograniczeń, nawet brzuch pracował mu wydajnie i przez chwilę bolał po dobrych dwóch minutach głupawki.
- Co się stało. – Renato Collodi był zbity z tropu, ale nie okazał urazy.
- Przepraszam. – powiedział Rossi między ostatnimi wybuchami śmiechu, które starał się stłumić – To samo pomyślałem, ale nie chciałem mówić na głos, a Ty to zrobiłeś. Teraz to już nie wątpię, że poradzisz sobie ze wszystkim, cokolwiek bym Ci zlecił.
- Dziękuję. – tylko delikatny uśmiech ozdobił twarz gościa – Nie, żebym się podlizywał, ale uważam, że to bardzo dobrze, że to Ty jesteś pierwszy w państwie. Nadajesz się do tego. – rzucił swobodnie i podpił trochę Chianti.
- A Ty jesteś nieoceniony w tym co robisz. – odwzajemnił się Komisarz – A propos. Jeszcze druga teczka. To może Cię bardziej zaskoczyć, ale jest to elementem mojego drugiego planu, długofalowego planu. Coś Ci kiedyś wspominałem. – podał wspomnianą teczkę Collodiemu.
- Zrobię, co mam zrobić. Ty jesteś szefem. Może właśnie dlatego, że nie rozumiem do końca tego projektu, ja nie jestem twoim szefem. – Collodi położył teczkę na poprzedniej – Chociaż, prawdę mówiąc, pewnie jeszcze bardziej męczyłbym się na publicznych występach, więc wolę swoją funkcję. – wyciągnął papierosa. Rossi nie oponował. Nigdy nie oponował w tej sprawie.
- Ciężko gdziekolwiek zapalić bez kłótni albo powoływania się na wpływy. – zaśmiał się gość Komisarza. Po czym zaciągnął się mocno.
- Dbamy o zdrowie naszych obywateli. – wyjaśnił luźno Giorgio Augusto i uzupełnił szkło.
- Za to się napiję. – dodał Renato i stuknęli się kieliszkami.
- I za powodzenie całej operacji. – powiedział gospodarz ze wzrokiem tępo utkwionym gdzieś ponad kieliszkiem na moment przed wzięciem łyka wina. Butelka niedługo potem się skończyła, a Collodi kulturalnie wyszedł. Rozpoczął się etap realizacji wielkiego planu Giorgio Augusto Rossiego, dalekiego krewnego współautora „Manifestu z Ventotene”.
*
Budowa ruszyła w różnych miejscach Federacji. Znaleziono ludzi do pracy przy budowie i później w fabrykach. Nie obyło się bez przymusu w wielu wypadkach, ale też preferencyjne warunki zatrudnienia często wystarczały, żeby wciąż niektórzy chcieli pracować na linii produkcyjnej. Większe problemy wiązały się z likwidacją dochodu podstawowego. Mimo dobrze przemyślanej akcji propagandowej, nie udało się uniknąć większych manifestacji w dużych miastach. Rossi był dumny, że obyło się bez ofiar śmiertelnych, chociaż dopuszczał i taką ewentualność. Nawet „przeciwnicy terroru” pokroju Leclerca nie protestowali. Większy problem mieli z drugą częścią planu „Augusta”. Telefon urywał się, kiedy ruszyła kampania społeczna. - Co się dzieje, Giorgio? – krzyczała na niego Sanchez przez telefon – Stawiasz wszystko na głowie i niczego nie konsultujesz?
- Spokojnie, Mercedes. – odpowiadał zdecydowanie ciszej niż dyplomatka – Rozumiem, że kampania robi wrażenie. – mogła usłyszeć po drugiej stronie jego uśmiech.
- Jeszcze jakie. Zwłaszcza z tego powodu, że promuje wszystko, co przez tyle lat staraliśmy się już do końca zniszczyć. – ironizowała – Ale nawet mniejsza z tym. Jak ja wyglądam w tym świetle?
- Nie histeryzuj, Mercedes. Prawdę mówiąc, możesz nawet mi pomóc w tym całym planie. Gdybyś przekonała wszystkich, że też się zmieniłaś. Jakiś ekskluzywny, szczery wywiad. Rozumiesz? – miał wrażenie, że przyjmuje protekcjonalny ton, ale nie martwił się tym.
- Jeszcze czego! – odpowiedź była jeszcze głośniejsza niż jej wcześniejsze zdania.
- Jak chcesz. Sama widzisz, że źle teraz wyglądasz. Jak szybko zareagujesz, to może to łykną. Prywatnie i tak będziesz robić to, co zawsze. Ja dopiero ruszyłem z tą kampanią i ona się nie zatrzyma bez efektów. Teraz będziemy promować klasyczną rodzinę, liczne potomstwo i takie tam aż to stanie się popularne. Możesz iść temu w poprzek, twoja sprawa, ale dobrze by było jakbyś dała przykład. Zresztą zawsze mi pomagasz. – przekonywał szef Komisji.
- Jak zawsze pomogę, oczywiście. – wycedziła przez zaciśnięte zęby – Pięknie mnie urządziłeś. Naprawdę.
- To nic osobistego. Potrzebuję tego programu. Dzięki za pomoc. – Rossi spuścił z tonu. Sanchez rozłączyła się. Oczywiście miała rację, ale Giorgio nie pozwalał sobie na głupie sentymenty. Co go obchodziło, że była twarzą rewolucji seksualnej? Przydawała się z tymi jej wywiadami o luźnych związkach, poliamorii, wyzwoleniu seksualnym itp. Niczym Aleksandra Kołłontaj dla Lenina, była do tej pory użyteczna. Problem polegał na tym, że Rossi musiał przeobrazić się w Stalina, jak to określał. Wyuzdana szefowa MSZ straciła swoją wartość w nowej sytuacji. Tak samo jak wszyscy aktywiści ruchów LGBT i całe to śmieszne towarzystwo. Oni jednak byli na tyle pokorni, że nie krzyczeli na szefa Komisji Europejskiej, jak Mercedes Sanchez. Co mądrzejsi pochowali się po kątach i przyjęli pracę z dala od reflektorów. Na innych znalazły się paragrafy. Inna sprawa, że skończyły się też nagle pieniądze na ich działalność. Wszystko odbyło się po cichu, zupełnie jakby propaganda cały czas była dokładnie taka sama. Collodi był absolutnym profesjonalistą i dobrze dobierał sobie współpracowników. Oczywiście pacyfikacja tęczowych organizacji i budowa fabryk nie były jeszcze powodem do otwierania szampana. Rossi przeczuwał, że sama propaganda, zarówno ta toporna jak i bardziej subtelna, niekoniecznie zaowocują horrendalnie wysokim wzrostem dzietności w Federacji. A nawet jeśli, to przecież wzrost liczby ludności nie mógł nastąpić aż tak szybko, żeby po kilku miesiącach stwierdzić, że wszystko idzie jak należy. Dlatego Collodi był zobowiązany do składania cyklicznych raportów, wtedy można było korygować działania już podjęte.
Amadeusz Putzlacher
Tekst opublikowany pierwotnie na portalu narodowcy.net