słowem wstępu - ślicznie dziękuje za wyróżnienie moich wypocin. Kompletna niespodzianka!
Uzasadnieniem któregoś z Waszych głosów była zachęta, co by opowiedzieć trochę więcej o Katalonii, także czuję się zobowiązana, natomiast nie ukrywam, że mam tu przestrzeń do refleksji również, także pewnie będzie to taki o, misz-masz.
Kilka dni temu dokonałam oficjalnego coming outu, wzorem Pana Paprodziada (kto nie zna - polecam poznać. Paprodziad jest muzykującym filozofem i śmieszkiem) jako foliara czyli osoba która przypuszcza co się dzieje za kurtyną, kiedy nie-foliarze wypierają istnienie jakiejkolwiek kurtyny. W związku z tym i pracą którą czytam od jakiegoś czasu (główka otwarta podczas czytania wymagana oraz tym wszystkim co się dzieje aktualnie postanawiam oficjalnie wyjść z szafy i głosić dobrą nowinę tutaj. A jest o czym opowiadać...
Okej, ale póki co - rzecz o Katalonii, jak obiecałam. Jak w poprzednim poście napisałam - dzięki uprzejmości mojego hosta, Miquela u którego byłam dzięki opcji workaway miałam okazję poznać Katalonię od środka, a dzięki temu, że kreuję pozytywnie (choć zarzuca mi się "farta" z czym się nie zgadzam! Jestem odpowiedzialna za to jaki świat tworzę. Być może to temat na osobny post, ale nie ma wielkiej filozofii według mnie w tym, że świat jest naszym odbiciem, i co w środku - to i na zewnątrz), spotykają mnie same dobre rzeczy. W związku z tym trafiłam akurat na dni Esparreguerry - i to dwa tygodnie celebracji z rzędu. Będzie zatem o tradycjach, jedzeniu, moich przygodach i refleksjach.
calçots - grillowane - a moze raczej "palone" szczypiorki. Oszalałam! Absolutnie cudowne. Jadają je z salsą z pomidorów, papryki, migdałów, czosnku i oliwy. Jednym ruchem (który ciężko było mi opanować, przyznam) ściąga się wierzchnią warstwę a sam calçots jemy na stojąco, najpierw maczając je w salsie. Rękoma, oczywiście, i cały proces jedzenia to rytuał. Co chwilę słyszałam "nie, nie tak, wstań! Nie, najpierw sos!"...blablabla. Dość to wszystko było zabawne, jak - z mojej perspektywy katalońskie podejście w ogóle – nic na serio. Okazało się, że śmieją się także ze swoich marzeń o niepodległości – usłyszałam nawet porównanie do św. Mikołaja – “wielka rzecz ale nikt nigdy go nie widział i tak naprawde wszyscy wiemy że to bajka”.
tutaj link do filmiku na IG – wyścig z krzyżem
To było dla mnie nieco szokujące w pierwszym momencie, ale jak napisałam wyżej – w Katalonii nic na serio. Coś takiego na pewno nie przeszłoby w Polsce, ale w Esparreguerze to tradycja - wyścigi z krzyżem nawiązujące do bardzo popularnego, lokalnego spektaklu "pasja". Spektakl trwa notabene pięć godzin a obecność na nim jest absolutnie obowiązkowa dla mieszkańców Esparreguerry. Co roku. A propos samego rajdu z krzyżem - pole do refleksji na temat uwarunkowań kulturowych bo katoliczką nie jestem, ale trochę mnie nawet oburzył widok barmanek w różowych koronach cierniowych. Dla nich, cóż, zabawa, tradycja a według mnie już delikatna przeginka.
Castellers - ludzka wieża. Po co? Szczerze - nie mam pojęcia, ale katalończycy są z tej tradycji bardzo dumni. Miquel z przejęciem pokazywał mi filmiki wielopiętrowych wież a ja udawałam, że to rzeczywiście imponujące. Wiele szumu a sam “spektakl” trwał około minuty. Nie chcę być stronnicza, ale na mnie nie zrobiło to wrażenia - być może przez to, że naoglądałam sie juz gimnastyków.
Jak do tego doszło - nie wiem, ale byłam na meczu Barcelona-Napoli. To znaczy wiem, Miquel i jego rodzina co miesiac wysyłaja jakieś kwoty wspierając FC Barcelonę, i za to maja karty uprawniające ich do wejścia na mecze. Miquel niestety nie mógł jechać, więc miałam dwa wolne bilety. Bez didaskaliów powiem krótko, że znalazłam dwie osoby które mi towarzyszyły, a że życie jest przewrotne - albo może właśnie bardzo przewidywalne? Jedna z tych osób gościła mnie w Barcelonie tydzień później. Na mecz pojechałam na stopa a kierowca mimo tego, że nie był z okolicy, znał Miquela I jego Ratafię o której jeszcze nie wspomniałam – Ratafia to lokalna nalewka i Miquel właśnie jej produkcją i dystrybucją się zajmuje, a poza tym prowadzi sklep z alkoholami. Życie jak w...Katalonii.
Co do samego meczu, cóż, na futbolu to się znam... jak świnia na gwiazdach 😁 a na dowód tego powiem, że byłam w ciężkim szoku kiedy po przerwie Barcelona próbowała strzelać do swojej bramki - nie wiedziałam, że po pierwszej połowie następuje zamiana pól. Mecz zakończył się remisem i uznaję, że to jedyny słuszny wynik, bo gola dla Napoli strzelił Polak. Ciągle nie wiem czy to źle czy jednak nie tak źle.
serdecznie przepraszam za jakość -albo w tym przypadku w zasadzie brak zdjęć, ale jestem raczej osobą przeżywajacą niż robiącą foty, chociaż to też pewnie po części dlatego, że mam słaby aparat.
Były to moje ostatnie dnie w Esparraguerze, Miquel pożegnał mnie najpierw podróżą po Katalonii i Rupit właśnie był takim highlightem dla mnie (przepraszam, nie mogę znaleźć polskiego słowa). Rupit...nie wiem co napisać o tym mieście - tam trzeba pojechać. Nie skłamię jeśli powiem, że to było jedne z piękniejszych miejsc w jakich byłam. Urocza, średniowieczna wioseczka - uprzejmie ostrzegam, że w weekendy ponoć bardzo zaludniona. Tutaj więcej fot, bo nie mam się czym pochwalić a naprawde warto miejsce odwiedzić; byliśmy w fantastycznej restauracji - 17e za 3 dania każdy, dużo wina, tapas I desery. W końcu spróbowałam crema catalana - obłędny deser. Takie lepsze creme brulee w mojej ocenie. - tu powinien być link do restauracji ale nie ma. :) jeśli komuś zależy to wrzucę później.
"Akcja celebracja" - tak nazwałam to zdjęcie, i celebracja życia w pełnym tego słowa znaczeniu była to. Miquel co czwartek spotyka się ze znajomymi w lokalnym barze, i w zeszły czwartek urządzono mi piękne pożegnanie tamże. Miquel wyjeżdżał z przyjaciółmi na weekend do kraju Basków a ja w piątek udałam sie do Barcelony...i o samej Barcelonie cóż mogę rzec - obiektywnie absolutnie piękne miasto, natomiast poznałam jakiś czas temu Olkę która w Barcelonie mieszkała lat dziesięć i powiedziała tak: "widząc Twoje zamiłowanie do zabawy raczej odradzam Barcelone, bo żyjąc w tym mieście nie da sie nie imprezować. Wychodzisz do sklepu po bułki i wracasz za tydzień."
Nie wspomniałam jeszcze o moim polskim kompanie na obcej ziemii - Radosławie poznanym..w sumie nie jest to istotne, ale zgodnie stwierdziliśmy, że znamy się raczej odkąd na chleb oboje mówiliśmy "bep" niż od miesiąca jakoś. Dobrze jest spotykać takich ludzi. Ośmieliłabym się nawet powiedzieć że kompletowanie rodzinki z którą nie wiążą nas więzy krwi jest esencja życia – dla mnie przynajmniej. W piątek Radosław zabrał mnie na tournee po Barcelonie i jakieś dziesięć minut po tym jak powiedziałam, że z przykrością stwierdzam, że nie poznałam (jeszcze) nikogo, z kim się naprawdę dobrze rozumiem spoza Polski, poznaliśmy Marysię, i oto trójka Polaków ruszyła na podbój Barcelony.
polska wódeczka, prince polo od Krakowiaka (ale nie wspieramy raczej, bo pączki z niemiec sprowadza do polskiego sklepu co traktuje jako zniewagę po całości) i akcja libacja. Bez zbędnych didaskaliów, bo to nie o piciu miała być rzecz, powiem że następna noc spędzona była mniej więcej w tym samym tonie - w końcu w piątek rozpoczął się karnawał. Mój barceloński host Pablo zabrał nas w niedzielę do Sitges - mieścinki znanej głównie z tego że jest gejowska mekką a w czasie karnawału zamiania się w Rio de Janeiro of Europa. Powinno być mi wstyd, że nie mam więcej zdjęć poza tym
Ale prosze mi wierzyć - to był prawdziwy karnawał.
I oto szczęśliwie moja katalońska przygoda dobiegła końca 3 dni temu. Ciągle z lekkim niedowierzaniem, ale w poniedziałek wsiadłam w samolot do Aten skąd piszę ten post. Ciężko jeszcze powiedzieć cokolwiek, ale czuję, że jestem w dobrym miejscu i wszystko jest dokładnie tak jak ma być. Kropki się łączą. Więcej napiszę wkrótce, bo refleksji wiele. Pozdr <3