Uwielbiam oglądać filmy. Pamiętam jak będąc dzieckiem obiecałam sobie, że obejrzę w ciągu swojego życia wszystkie wyprodukowane filmy. Oczywiście prędko zorientowałam się, że spełnienie tej obietnicy może być trudne, może nawet niemożliwe. Z biegiem czasu mój gust filmowy szybko się wyklarował i oglądanie filmów z poszczególnych gatunków w ogóle nie sprawiało mi przyjemności, ani nie ciekawiło mnie. Ten fakt w sposób naturalny zawęził moją osobistą listę filmów wartych uwagi.
Niemniej jednak filmów do tej pory obejrzałam naprawdę wiele i wciąż z pasją poszukuję kolejnych i zgłębiam wiedzę z zakresu kina i historii filmu.
Po długim czasie niemożności obejrzenia filmów w kinach, dziś razem z wybraliśmy się do kina Sokół w Nowym Sączu. Zdecydowaliśmy się na film „Zabij to i wyjedź z tego miasta” reżyserii Mariusza Wilczyńskiego.
Po wejściu na salę na widowni siedziała tylko jedna kobieta, która ucieszyła się na nasz widok i z ulgą przyznała, że cieszy się, iż nie będzie sama uczestniczyła w tym seansie.
W skrócie film opowiada o mężczyźnie uciekającym przed własną rozpaczą po stracie swoich bliskich. Ucieka do wspomnień, gdzie czas stoi w miejscu, a najbliżsi sercu nadal żyją.
Film animowany, od strony wizualnej bardzo nietypowy. Styl kreski surowy, wyrazisty, z ciekawością przyglądałam się poszczególnym kadrom.
Klimat filmu był ciężki, osobliwy i momentami przytłaczający. Obraz szarego, brudnego miasta i marazm trudnej codzienności osadzonej w latach '80/'90, przywiódł do mnie wspomnienia z okresu mojego dzieciństwa i lat wczesnej młodości.
Seans niewątpliwie pozostawił we mnie szereg mieszanych odczuć. Po opuszczeniu sali czułam się zmęczona energetycznie, ale czuję, że pozostawi we mnie ślad po sobie na dłużej.