Zanim jeszcze zaczęłam myśleć o dziecku, zazdrościłam kobietom, które "siedzą" w domu i zajmują się wychowywaniem. Przecież to świetna sprawa, wstajesz rano, karmisz dziecko, pijesz kawę, ogarniesz mieszkanie i masz luz. Nie trzeba pracować, nie trzeba użerać się z szefem matołem, nie trzeba w sumie nic!
Szybko zmieniłam zdanie… Zaszłam w ciążę. Ze względu na zawód, który wykonywałam musiałam zostać w domu, dostałam zakaz pracy. Pierwszych kilka dni to był istny raj. W końcu nadrobiłam sprawy, na które wcześniej nie miałam czasu. Po około dwóch tygodniach zaczęłam się czuć jak odcięta od świata i zamknięta w czterech ścianach. W Niemczech miałam jedynie chłopaka, który pracował na drugim końcu miasta, więc tak naprawdę razem spędzaliśmy tylko weekendy. Moi wszyscy znajomi byli w Polsce, ale oni także ułożyli sobie już życie, mieli dzieci, małżonków.. Byłam skazana sama na siebie, a moją główną atrakcją stały się spacery z psem i zakupy, oczywiście małe, żeby nie dźwigać.
Każdy mi powtarzał - zobaczysz, jak tylko urodzisz i pojawi się Julia to cały świat się zmieni, będzie Ci dużo lepiej. A teraz ciesz się, bo to Twój najdłuższy urlop w życiu.
Poniekąd tak się stało, ale nie od razu. Owszem, moje życie zmieniło się o 180 stopni. Spacery z psem zmieniłam na spacery z córką i z psem, zakupy mogłam robić większe, a weekendy spędzaliśmy w większym gronie.
Nadal byłam odcięta od świata, nadal byłam zamknięta w czterech ścianach.
Kiedy Julia podrosła i nie była już przywiązana do "mamusiowego cyca" ja zaczęłam wracać do życia. Samotny wyjazd do Polski, siłownia, czasami piwo z koleżanką. Czułam, że żyję normalnie, byłam szczęśliwa. Czasami miałam okazje zatęsknić i za córką i za moim chłopakiem, dzięki czemu bardziej doceniałam nasze wspólnie spędzone chwile. I właśnie wtedy zrozumiałam, że to czego potrzebuję to kontakt z ludźmi.. Taki zwyczajny, codzienny, naturalny. Rozmowy nie tylko o diecie dziecka czy o umiejętnościach jakie ostatnio nabyło.
To, czego najbardziej potrzebowałam to praca, której niestety nie mogłam podjąć, ze względu na brak miejsca w przedszkolu dla naszej córki. Czułam się z tym okropnie. Czasami nawet zazdrościłam mojemu partnerowi, że on może wyjść rano do pracy, mieć tam kolegów i koleżanki, odciąć się na trochę i odpocząć od codziennych, domowych obowiązków.
Z utęsknieniem czekałam na pozytywne pismo z Ratusza o przyjęciu naszej córki do grupy przedszkolnej. W końcu to się stało! Po ponad dwóch latach miałam możliwość podjęcia pracy!
I tak też się stało…
Początki były dziwne, bardzo dziwne a zarazem ekscytujące. Zaczęło się wstawanie skoro świt, droga do pracy, kilka godzin za biurkiem i powrót. I to właśnie też te powroty były piękne. Radość Julii, która widzi mnie po całym dniu, stęsknione spojrzenie męża i obowiązki domowe, które zaczęłam wykonywać z przyjemnością. Odkurzanie czy zrobienie prania przestało mnie męczyć, a cieszyć. Weekend z rodziną wykorzystuje na 100%. Kontakt z ludzi zaczął dawać mi kopa do działania. Miałam ochotę rano wstać, miałam ochotę na wszystko.
Dziwiłam się kobietom, które nie chcą być w domu z dzieckiem. A teraz jeszcze bardziej dziwię się tym, które pomimo tego, że mają szansę to nie chcą podjąć pracy.
Nie wyobrażam sobie odprowadzenia dziecka do przedszkola i powrotu do pustego domu, bo mąż jest także w pracy. Sprzątanie, gotowanie i inne czynności to również jest praca, ale kontakt z ludźmi jest potrzebny każdemu.
Praca nadaje człowiekowi sens życia. Trzeba rano wstać, ładnie się ubrać, pomalować… W domu można być w dresie i związanymi niechlujnie włosami. Mąż wraca z pracy i widzi zmęczoną życiem kobietę, która nie ma własnego świata, znajomych, swoich spraw..
Oczywiście jest to idealny czas na swoje zainteresowania. Niestety, nie każda kobieta chce i ma możliwość na wykorzystanie tego.
Tak sobie myślę, że my, kobiety czasami za bardzo chcemy poświęcić się naszej rodzinie i przy tym zapominamy o sobie. A przecież szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.. I mąż.