Słubice to miasto położone w województwie lubuskim, mieszka tam (według Wikipedii) około 16 tysięcy osób. Od niemieckiego Frankfurtu nad Odrą dzieli je jeden most, czyli około 150 metrów.
wikipedia.org
Słubice są zamieszkiwane w większej części przez Polaków, ale za każdym razem, gdy tam jestem czuję się jak w Niemczech. Jest to najbardziej absurdalne miasto w jakim kiedykolwiek byłam. Co w nim takiego nadzwyczajnego?
Robiąc zdjęcie stałam po stronie polskiej. Za mostem widoczne miasto to Frankfurt nad Odrą.
W Słubicach niemalże wszystko jest robione pod Niemców. Restauracje, sklepy, sala sportowa… Polskość zachowały jedynie banki, biblioteka i sieciówki takie jak Lidl, Żabka czy Media Expert. Wszystkie prywatne sklepy, apteki, restauracje, kawiarnie, salony kosmetyczne - to wszystko jest dla Niemców.
Będąc klientem w jakiejkolwiek restauracji w Słubicach (jako Polak), jesteśmy najzwyczajniej w świecie olewani. Polak to słaby klient, biorąc pod uwagę, że stolik obok siedzą Niemcy. To właśnie oni są obsługiwani przez kelnera w należyty sposób. Wiadomo, lepiej jest dostać napiwek w euro, niż w złotówkach.
Menu w języku niemieckim to podstawa, o polską wersję trzeba prosić.
Będąc przy napiwkach i płatnościach. W Słubicach wszędzie zapłacimy gotówką w Euro. Czy to salon kosmetyczny, czy restauracja, czy McDonald czy zwykły kiosk. Oczywiście sprzedawcy tym się szczycą, wieszając na drzwiach kartki z aktualnym kursem.
Może nie byłoby to nic niezwykłego, gdyby w drugą stronę działało to tak samo. Tymczasem, jedyne Polskie napisy, jakie znajdziemy we Frankfurcie nad Odrą to te:
Nie ma Polskich nazw sklepów, ani kiosków, ani niczego innego. Zapłacimy tylko w euro, chyba, że oczywiście kartą. Polskich złotówek w gotówce nikt po Niemieckiej stronie od nas nie przyjmie.
W restauracji danie zamówimy tylko po niemiecku, chyba, że trafimy akurat na kelnerkę z Polski. Niemiec nie obsłuży nas w języku innym niż swój ojczysty lub ewentualnie angielski.
Tymczasem w Słubicach możemy porozumieć się z każdym po Niemiecku, nie ważne czy to z kasjerką w Biedronce, farmaceutką czy fryzjerką. Wiadomo, niemiecki klient jest na wagę złota, więc musi czuć się zrozumiany ;).
Dlaczego nie zmusimy Niemca, aby nauczył się po polsku kilku podstawowych zwrotów takich jak “dzień dobry”, “do widzenia”, “dziękuję”? Skoro robi przynajmniej raz w tygodniu zakupy w Polskich sklepach, to mógłby się wysilać, aby odezwać się w naszym języku. Ale po co, skoro nie zdąży jeszcze wejść do sklepu a już usłyszy radosne “Guten Tag!”?
Dlaczego bardziej szanujemy klienta, który zapłaci w euro, niż naszego rodaka?
Słubice są całe obwieszone szyldami w języku niemieckim. Już przy samym wjeździe wita nas “Zigaretten”, a kawałek dalej “Wechselstube”. Czy naprawdę nie można zrobić napisu w języku polskim? Czy sklep o nazwie “papierosy” będzie gorszy dla niemieckiego klienta? I tak wejdzie do tego sklepu i kupi te papierosy, bo są po prostu tańsze.
Frankfurt nad Odrą
Tak jak mieszkańcy Frankfurtu nad Odrą robią zakupy w Słubicach, tak i odwrotnie. Jest jedno “ale”. Frankfurt wygląda jak normalne miasto, Słubice natomiast wyglądają jak jeden wielki bazar, gdzie co drugi pawilon sprzedaje “Zigaretten”.
Sami pokazujemy, że za pieniądze jesteśmy w stanie zrobić wszystko, nawet “zniemczyć” miasto. To my (za przeproszeniem) włazimy Niemcom w dupe. Sami się nie szanujemy, więc nie dziwmy się, że oni nie szanują nas. To Polak “sprzeda” Polaka za kilka euro. A Niemiec? Niemiec będzie się z tego śmiał.