Zawsze, gdy siadałem do komputera, miałem przeczucie, że robię coś, co jest tylko efektem działania jakichś sił i zdarzeń, których nie znam. I których nigdy nie zrozumiem. No bo, po co? Przecież do włączenia monitora, wduszenia POWER na obudowie i chwycenia myszkę, nie potrzebna jest znajomość kodu binarnego, czy innego magicznego „C równa się” lub innego zlepku nic nieznaczących literek. Od tego są fachowcy, poza tym, jak by mi się coś zepsuło, to po prostu kupię nowy komputer. Proste. W końcu nie po to pracowałem i unikałem związków, oraz typowych dla trzydziestolatka przyjemności, żeby kilka tysięcy złotych mogło mnie przygnieść do ziemi. Więc spałem spokojnie.
Chwilę po Nowym Roku, w zeszłym roku, wpadł do mnie kolega z pracy, Marek. Niespodziewanie. Zawsze, jeśli się spotykaliśmy, poprzedzało to skrupulatne planowanie. Czasem na kilka tygodni do przodu. Wiedzieliśmy dokładnie, co będziemy robili, gdzie i jak długo. Tak po prostu funkcjonowaliśmy. Tym razem to musiało być coś bardzo ważnego, bo był pod moimi drzwiami trzy minuty po tym, jak odłożyłem zaskoczony słuchawkę.
— Stary. Mam taki cynk, że kopara opada. – Zrzucił kurtkę w przedpokoju – Kompa masz tam gdzie zwykle? – Wszedł do pokoju dziennego i usiadł za biurkiem pod oknem. Odpalił monitor i przez kilka sekund wpatrywał się w ekran. Wstał – Hasło! Czas to pieniądz! – Zachichotał.
Usiadłem i wprowadziłem hasło. Podsunął mi kartkę z ciągiem znaków.
— Wprowadź to w adres przeglądarki. Może być ta, wszystko jedno. – Spojrzałem na ciąg znaków. Nic mi nie mówiły, nic dla mnie nie znaczyły. Marek przyciągnął sobie krzesło i usiadł obok mnie. Zacząłem wprowadzać. Jak dobrze sobie przypominałem, to był jakiś kod zapisany w systemie szesnastkowym, ale nie wnikałem. Dwa razy sprawdziłem czy wszystkie sześćdziesiąt cztery znaki są poprawnie przepisane.
— Co teraz? Wchodzimy? Przecież to nie jest adres internetowy – Marek sięgnął nad moimi rękami i wcisnął ENTER.
Monitor na ułamek sekundy zgasł. Gdy się zaświecił, zobaczyliśmy na ekranie stronę internetową wypełnioną tekstem i jakimiś dziwnymi symbolami. Przypominały oznaczenia walut, ale nie kojarzyłem żadnego z nich.
— Słuchaj – zaczął Marek – dostałem ten wjazd od pewnego gościa, który ma układy. Nie pytaj, ja nie pytałem. To, na co patrzymy, to strona, z której za trzy dni rozpocznie się sprzedaż nowej waluty cyfrowej. Wiesz, jak bitcoin. Nikt o tym nie wie. System już działa i mamy okazję, jako pierwsi kupić trochę tej krypto. Przeczytałem dokumentację. To jest większe niż cokolwiek do tej pory widziałem, a siedzę w krypto od czasu pierwszego bitcoina.
— OK. Ale dlaczego do mnie z tym przychodzisz? Do czego Ci jestem potrzebny. Kupuj. Potem sprzedasz. Wspólnik Ci po co? –
— Jesteśmy kumplami. Tak? – Kiwnąłem głową – Dlaczego mam nie dać koledze zarobić. Poza tym, co to za radość, jak się ją w samotności celebruje. Zobacz. Jeden ���� kosztuje 100 dolarów. Nie możemy przesadzić, bo na start puszczają ich kilka tysięcy na rozruch, plus kilkaset do różnych serwisów, gdzie będą oferowane do wymiany, za oglądanie reklam i inne takie cuda. Nie wiadomo, kto jest właścicielem, ale to pieprzony geniusz. Przewidywana wartość sztuki po trzydziestu dniach ma przekroczyć sumę emisji inicjalnej. Czujesz to? I jak czytałem – stary, to jest jedyna droga. To nie może iść inaczej. Tak jest skonstruowana, że jej wartość musi się zmieniać ciągle, ale nie może spaść poniżej kursu z ostatniej godziny. Wszystkie stymulacje to potwierdzają. Kurwa, żyła złota.
— Jakoś nie chce mi się w to wierzyć – zawsze jak pod drzwi przychodzili kolesie z MLM czy innych bzdur, słyszałem takie śpiewki. Ale to tylko sto baksów. Zaryzykuję.
Wklepałem na stronę numer karty płatniczej, zanotowałem numer transakcji na kartce i kliknąłem – Zrealizuj. Poczułem wibrację w telefonie. Szybko! E—mail z adresem i hasłem do portfela krypto. Zalogowałem się ze smartfonu, gdy Marek liczył ile może kupić za kasę, która mu zostanie po zapłaceniu rachunków. Telefon pobrał aplikację portfela. Kliknąłem. Apka poprosiła o hasło, a następnie o ustawienie uproszczonego PINu. Marek klepał coś w Excelu i mruczał pod nosem. Otworzyłem aplikację. Na ekranie pojawił się zwyczajowy interfejs użytkownika, a w polu wartość widniała spora jedynka. Kurs nie był podany, bo jeszcze nie było skąd go wziąć. Marek głośno klasnął w dłonie i zaczął wklepywać coś na klawiaturze.
— Marek, zostaw mi gdzieś dokumentację do tej waluty. Poczytam o tym cudzie do poduszki. – Marek tylko kiwnął głową i dalej stukał o klawiaturę. Prawie jakby się pospiesznie włamywał do Pentagonu.
— Dobra. Jak to się to nie wysypie, to w marcu jadę na dwumiesięczny, bezpłatny urlop, gdzieś w pizdu. Tylko musi być tam ciepło. – Uśmiechnął się szeroko. Wyciągnął z kieszeni kilka zwiniętych kartek. Pomachał nimi w moim kierunku i położył na biurku. – Tu masz bajkę na dobranoc. Zostawiam to włączone, jakbyś chciał jeszcze dokupić. Tylko, żebyś maksymalnie jutro popołudniu to zamknął. I wyczyść historię przeglądarki. Uścisnąłem mu rękę i pognał przez przedpokój, zatrzaskując za sobą drzwi.
Usiadłem i rozwinąłem zostawione przez kolegę kartki. Były dwie, mocno sczytane. W nagłówkach widniały oznaczenia DRAFT, oraz Whitepaper. Miałem już do czynienia z takimi dokumentami i te analizy nigdy nie mieściły się na dwóch kartkach.
ABSTRAKT
���� to opierający się na technologii ShadowHash®, system generowania wartości oraz przeprowadzania transakcji pomiędzy posiadającymi go użytkownikami. ���� łączy możliwości wolnego obrotu krypto walutami oraz technologię wykorzystywania urządzeń powiązanych z procesem transakcyjnym w celu zwiększania wolumenów oraz wartości. W przypadku ����, zarówno portfele software’owe jak i hardware’owe są nośnikami, oraz inkubatorami wzrostu wartości, dzięki zastosowaniu opatentowanej technologii ShadowHash® (wyjaśnione w oparciu o NDA w dodatku numer 1).
Nic z tego nie rozumiałem. Samoreplikująca się krypto waluta? To jakiś absurd.
Odłożyłem dokumenty i spojrzałem na monitor. Naszło mnie nagłe poczucie beznadziejności i pustki. Strąciłem je z ramion jak kurz i wyłączyłem komputer. Miałem nie zajmować sobie głowy już tym gównem.
Obudziłem się grubo po dziesiątej rano. W ubraniu, przesiąknięty zapachami poprzedniego dnia. Jak to się stało, że sunąłem w opakowaniu? Bez kąpieli? Chuchnąłem – nawet zębów nie umyłem. Ale jestem w domu, zero objawów kaca lub czegokolwiek innego. Co się stało?
Przejechałem ręką po spodniach i wyczułem w kieszeni telefon. Wyciągnąłem go i wybrałem numer do pracy. Rozległ się sygnał wywoływania, po czym usłyszałem głos Ilony, asystentki szefa.
— Ilona, tu Robert, no. Wiesz, co, wezmę dziś na żądanie. Nie, nic takiego, po prostu się źle czuję i nie chcę kusić losu. Przecież wiesz, że jestem ascetą czekającym na Ciebie. Dzięki dziewczyno. Pa – rzuciłem telefon na łóżko i poszedłem nadrobić wieczorną higienę.
Po około trzydziestu minutach wyszedłem z łazienki z postanowieniem, że zadzwonię do Marka. Z telefonem w ręku wszedłem do salonu. Wybrałem numer. Nie odbiera. OK, zadzwonię za chwilę. Podszedłem do biurka i wdusiłem POWER. Nic. Włączyłem monitor – też nic. Pewnie listwę zasilającą wywaliło. Schyliłem się pod biurko. Przyciski na przedłużaczu się paliły, więc napięcie było. Sam komputer wyglądał normalnie. Nie byłem specem, ale nic nie śmierdziało spalenizną, nic się nie sączyło, więc chyba coś innego jest przyczyną. Przyjrzałem się monitorowi. Niby podobnie, ale ekran jakby był odrobinę wklęsły. Czy zawsze taki był? A może to złudzenie. Nie wiem. Pójdę po śniadanie do sklepu, to zajrzę do chłopaków z serwisu, niech podejdą i zobaczą, co się dzieje.
Zawibrował telefon. Marek!
— Halo. No. Tak. Idę po pieczywo i wracam. Dobra przyjedź. Nie działa. Poproszę Kamila z dołu, żeby przyszedł zobaczył. To przywieź swojego, ogarniemy. Ok. Czekam. – Rozłączyłem, się. Marka komputer też nie działał. Cholera wie, co się dzieje.
Wróciłem z Kamilem, który bezzwłocznie zabrał się do oględzin sprzętu. Słyszałem z kuchni jak głośno, w swoim stylu, opowiada, co robi i jaka jest jego diagnoza.
— Zasilacz wygląda na ok. Prąd dochodzi i wychodzi. Płyta łączy, RAM OK, Nic niezalane i niepołamane. – Wszedłem do salonu z kawą. – Więc dysk. Ale BIOS powinien dawać znaki, że dysk się zesrał. A tu nic. – Zniknął pod biurkiem.
Dzwonek wyrwał mnie z biernej obserwacji stóp Kamila wystających spod biurka. Coś tam mamrotał. Poszedłem otworzyć. Marek.
— Kurwa. Nie wypiłem wczoraj ani kropli, a obudziłem się jak jebany menel. W ciuchach, na tapczanie. Wziąłem wolne – kiwnąłem głową, dając mu do zrozumienia, ze zrobiłem dokładnie to samo. – Co z kompem? – Wzruszyłem ramionami i wskazałem na poruszającego się pod biurkiem Kamila. – Cześć Kamil!
— O cześć Marek! Co wy, zebranie macie służbowe, że się tak rano zjeżdżacie. Co tam taskasz pod pachą? – Marek odwinął laptopa z koca – Twój też padł? – Zgadł Kamil, wyszedł spod biurka i zaczął kręcić głową. – Zaraz na niego zerknę. Odwrócił się do biurka i spojrzał na monitor. – Co Ty Robert zrobiłeś z tym monitorem? Baby Ci brakuje i z afektu walnąłeś głową w stronę laseczki na PornHubie? – Uniósł monitor, z którego posypały się drobinki stanowiące jeszcze przed momentem ciekłokrystaliczny ekran.
Coraz mniej rozumiałem.
— Kamil. Wyłączyłem komputer wczoraj, chwilę po wyjściu Marka. Nie wiem, kiedy i co się stało, ale nie zrobiłem niczego, żeby rozwalić sobie sprzęt. Co, jak co, ale o to dbam, żebyś nie mógł odejść na wcześniejszą emeryturę. – Kamil podszedł do nas i wziął sprzęt od Marka. Wyciągnął z kieszeni śrubokręt i zaczął luzować śrubki na obudowie przenośnego komputera.
— Panowie, czy wy wczoraj przypadkiem nie ściągnęliście sobie na kompy jakiegoś wirusa? Może dostaliście w mailach służbowych, albo, co. Bo tutaj widzę dokładnie to samo. Wszystko całe jak ta lala, a nie hula. Ekran ledwo się trzyma.
— Wirus, który niszczy sprzęt. Co ty za bajki opowiadasz. – Obruszył się Mirek.
— Osobiście nie widziałem takiego, ale czytałem, że Ruscy albo Chińczyki mają takie cuda. Wpuszczają go do komputera, a ten przez infekcję pamięci karty głównej i innych podzespołów zmienia wysokości napięcia dostarczane do podzespołów, albo wyłącza zabezpieczenia i BUM! – Ekran laptopa rozpadł się na tysiące małych kawałków – Masz szczęście, że to Ci w twarz nie prysło. Dajcie mi chwilę. Muszę jeszcze sprawdzić jedną rzecz. – Wyciągnął, a raczej wyszarpnął z obudowy jakąś część i zniknął z nią pod biurkiem.
Poprowadziłem Marka do kuchni i wstawiłem wodę na kawę. Milczeliśmy dość długo. Do kuchni wszedł Kamil.
— Jedno wiem na pewno. Dyski twarde są w takim stanie, jak mózg i żyły heroinisty z dworca. Nie widziałem jeszcze nic takiego. Tak jakby coś pożarło fizycznie dyski od środka. Tylko nie wiadomo, co.
— Mój dysk też? – Marek podrapał się po głowie. – Czy myślisz o tym samym? – Skinął na mnie.
Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Był troszkę bardziej techniczny ode mnie i te rzeczy jarzył szybciej. Jak się później okazało – nie było to akurat teraz zaletą. Ruszył szybkim krokiem do salonu i zgarnął dokumenty. Wręczył je Kamilowi.
Ten zaczął z niespodziewaną szybkością przebiegać po kartkach wzrokiem.
— To jakiś bełkot. Wiecie ile takich numerów oglądamy tygodniowo? Od cholery. Jakiś zasrany szczeniak chce szybko zarobić, zbiera od naiwniaków kasę w zamian za prawo do pierwokupu krypto waluty "MyLittlePony" i jak dochodzi do terminu emisji – łepek znika razem z kasą. To, co macie to w ogóle jest debilizm. To ani mądre, ani wykonalne. Nie ma jak! Samoreplikujące się dane, które się same zaszyfrują, żeby potem się rozszyfrować i wygenerować, jako nagrodę wartość dodaną. Przecież to PRZEKRĘT napisane w nagłówku wielkimi literami. Mam nadzieję, że nie kupowaliście nic od autorów tego gówna? –
Marek odwrócił się na pięcie, schylił głowę i widać było, że jest bliski załamania albo wybuchu. Kamilowi to nie umknęło.
— Możliwe, że podczas transakcji wrzucili Wam do sprzętu jakieś gówno. I nie dość, że straciliście kasę, to jeszcze sprzęt do wymiany. – Rzucił dyski na podłogę. Wylądowały miękko na dywanie.
Poczułem dłoń na nadgarstku. Gdy spojrzałem w tym kierunku, zobaczyłem wyszczerzone oczy Marka.
— Robert! Przecież Ty nie ściągałeś portfela na komputer! Masz to na telefonie! – Skoczył i zgarnął ze stołu smartfon. – Dawaj PIN, zaraz zobaczymy, co to jest — Bez zastanowienia podyktowałem Markowi cyfry. Ten chwilę pogrzebał w telefonie, spojrzał na nas i zamarł. Z jego oczu i uszu pociekł rdzawy płyn i osunął się na podłogę.
— O kurwa – szepnął Kamil – co się tutaj dzieje?
— Nie wiem, ale nie podchodź do niego. Daj te dokumenty! – Zacząłem przeglądać te dwie kartki, jakby mogły uratować nam życie. Nic. Nie wiem, na co liczyłem. Na tajemna receptę, magiczne zaklęcie, wskazówkę?
— Robert, jak się nazywała ta rzekoma technologia w dokumentach? ShadowHash? – Kiwnąłem głową. Kamil wyciągnął telefon i szybko cos w niego wpisał. – O kurwa! O kurwa, o kurwa – jego krzyk niósł się echem po klatce schodowej, gdy oddalał się chyba najszybciej od czasów szkolnych. Nie wiedziałem, co robić, ale musiałem wyjść. Szybkim krokiem ruszyłem za Kamilem.
Znalazłem go w jego serwisie przy komputerze. Z wytrzeszczonymi oczami czytał coś na ekranie. Złapał moją obecność kątem oka i gestem przywołał mnie do siebie.
— Stary. Jest przejebane. Dzwoniłeś do kogoś z tego telefonu, od momentu, gdy ściągnąłeś wczoraj ten „portfel”? –
— Do pracy, rano. Tyle wiem. – Pomyślałem, że nie mam pojęcia, co robiłem od momentu wyjścia Marka do chwili, gdy się obudziłem.
— To mam zasranego farta, że przyszedłeś do mnie, a nie zadzwoniłeś. – Kamil spojrzał na mnie. – Stary, to, co złapałeś na telefon, to nie jest nawet program. Kurde, to nawet nie powinno istnieć. –
— Co przez to rozumiesz?
— Kilka lat temu zacząłem trochę świrować na temat teorii spiskowych, miejskich legend i różnych takich paranormalnych gówien. Naczytałem się tego całe tony. Mądrzejszy od tego się nie stałem, ale właśnie to gówno uratowało nam dziś życie. Jak tylko zobaczyłem to, co stało się z Markiem, jakby ktoś otworzył dawno zamknięta szufladę. Z tej szuflady, uwierz mi, wyleciała cała chmara najgorszych koszmarów. – Wskazał mi krzesło, więc usiadłem.
– To, co leży na podłodze obok twojego kumpla, to, co z niego wypłynęło, i to, co prawdopodobnie zaczyna rozpowszechniać się po mieście, to taki skurwiel, że szatan przy nim to trener pudelków wystawowych. Dawniej nazywano to Cieniem, potem chyba Wirusem Wiedzy, ale nie jestem pewny, bo Wikipedia, to jednak gówniane źródło. Spróbuję Ci wyjaśnić, z czym mamy do czynienia.
Wyobraź sobie byt, istotę, która jest w stanie rozpoznać, znaleźć, czego najbardziej potrzebujesz, chcesz. Przybrać tego formę i w ten sposób Cię dorwać, zniewolić lub zabić. Zależnie od humoru. Teraz dorzuć do tego fakt, że jest to samowystarczalny organizm, który jest twardy, jak sam chuj. Nie ma sposobu, żeby go zabić. Właściwie ich. Bo są jak wirusy. Z jednego, w kilka sekund może powstać kilka tysięcy, kilka milionów osobników, połączonych zbiorową świadomością. Jedyne, czego chce, to polować. I upodobał sobie człowieka, jako łup najcenniejszy. To dla niego dobra zabawa. Szukać, czego ludzie w danym momencie najbardziej pożądają i łapać ich w sidła, mordować lub brać pod kontrolę, żeby zwabiać kolejnych. Stosuje takie metody, bo nie może zaatakować bezpośrednio, musi być pożądany przez ofiarę i przyswojony takimi samymi metodami, jakimi pozyskujemy wiedzę. Musi zostać zobaczony, usłyszany, dotknięty… wiesz, o co biega. Może być piękną kobietą, która będzie ostatnią, która zobaczysz; może być zwitkiem pieniędzy, które powąchasz; może być pączkiem, którego pierwszy gryz po diecie, będzie ostatnim w ogóle. Z tego, co wyczytałem, to atakuje mózg poprzez zmysły. Nie ma sam układu trawiennego, ale tak jakby trawił mózg, konsumował pamięć i jej nośniki. Stąd awaria dysków w Waszych komputerach. To, co wypłynęło z oczu i uszu Marka, to było właśnie to – mózg pozbawiony pamięci w postaci białkowego gówna.
Przez bardzo długi okres, zwłaszcza średniowiecze, wirus był praktycznie nieobecny. Kościół tłumił rozwój i dostęp do wiedzy, ludzie przez pokolenia uszkodzili w sobie umiejętność szukania wiedzy. Ci, którzy to robili, często padali ofiarami osłabionego wirusa i najczęściej wpadali w dziwne stany, formę zaburzeń psychotycznych, schizofrenię (a raczej jej protezę), byli łapani i eliminowani przez kościół. Nie ma żadnych katolickich dokumentów na temat Cienia, więc kościół o nim nie wiedział. Robił przez wieki, co robił, nie by chronić ludzi, tylko, dlatego, że łatwiej rządzi się głupkami. Potem wirus wrócił. Zgarnął spore żniwo w epoce renesansu i oświecenia, ale najwyraźniej znudzony, zaszył się gdzieś, aż do naszych czasów. Gdzie miał nie tylko żyzną ziemię w postaci cyfrowej pamięci, to jeszcze mógł tą pamięcią manipulować, żeby pobudzać w ludziach wszelkie możliwe popędy.
Teraz to wszystko wydaję się nieco jaśniejsze, chociaż niezbyt prawdziwe. Mimo tego, co widzieliśmy.
Musimy założyć, że zarówno Marek, jak i twoja koleżanka z pracy nie żyją. Nie wiadomo, czy tylko oni.
— To, co teraz? – Zapytałem nadal nie dowierzając. Jednak bałem się jak cholera.
— Podyktuj mi numer swojego telefonu, namierzymy, co się wczoraj wieczorem na nim działo poprzez serwisowe narzędzia. – Podyktowałem numer. Kamil wpisał numer do aplikacji i po chwili po ekranie zaczęły przebiegać sznury cyfr.
— Co to? – Blady informatyk zwrócił twarz w moją stronę.
— Wiesz do ilu cyfr po przecinku odbywa się obrót krypto walutami?
— Do ośmiu?... Tak do ośmiu. Czyli cyfra początkowa, kropka i osiem zer – poczułem się odrobinę dumny, że znałem tę odpowiedź.
— Czasem nawet do dziesięciu, jak Ethereum. Tak jest tutaj, w przypadku ����. –
— A co to za liczby? Co tam się działo? –
— Jedynka i 10 zer to dziesięć miliardów. Trochę więcej niż ludzi na ziemi…Dokładnie tyle ile ma każdy międzynarodowy numer telefoniczny…
Spojrzałem na ekran, gdzie bardzo szybko przewijały się tysiące numerów, do których mój telefon wykonał połączenie lub wysłał wiadomość minionej nocy. A może to ja zrobiłem?
Telefon leżący obok Kamila ostro zadzwonił…