“Odbiło ci, zbzikowałaś, dostałaś fioła. Ale coś ci powiem w sekrecie. Tylko wariaci są coś warci.”
Lewis Carroll – Alicja w Krainie Czarów
Bywają takie dni w naszym życiu, kiedy balansujemy na granicy przepaści w czarną otchłań...otchłań niemocy, bezradności, rozpaczy…
To takie dni, kiedy mamy dosyć, czujemy, że już dłużej tak się nie da, że nic nie ma sensu, że jest totalna beznadzieja, a my rozpadamy się jak domek z kart, rozpadamy się na miliony maleńkich, drobniutkich kawałków…
Moim lekarstwem w tym tańcu na granicy normalności, a jakiegoś obłędu niemocy zazwyczaj były książki, uciekałam w ten świat tak mocno jak tylko mogłam, a kiedy to nie pomagało z pomocą przychodziła muzyka, biała kartka i pudełko z ołówkami.
Nie jestem specem od rysunku, talentu wielkiego też nie mam ale czasami to był jedyny sposób, jedyny ratunek.
Jedyna możliwa droga na ujarzmienie swoich emocji. Tych pokręconych, sprawiających wewnętrzny ból emocji.
I tak rysowanie stało się dla mnie formą terapii, sposobem na te podłe czarne chmury gromadzące się nad moją głową. To moja lina asekuracyjna żeby nie runąć w tą bezdenną czarną otchłań podczas mojego szalonego tańca na granicy przepaści...