W Szwajcarii jest większa dyskryminacja płciowa niż się myśli. Kobieta jest znacznie mniej szanowana niż w Polsce, często nie pracuje, zajmuje się domem i dziećmi. Żaden szanujący się mężczyzna nie pomaga kobiecie, np. w noszeniu torby czy w praniu. Gdyby jednak się taki pojawił, to wśród męskiej populacji jest wykpiony, a kobiety są zaskoczone, wręcz zaszokowane. Nie widziałem też mężczyzny bawiącego się z dzieckiem na placu zabaw i na ulicy.
Bardzo rzadko widuję tu młodzież w wieku studenckim, za to sporo jest młodszych. Zresztą tutejsze studia są dużym wydatkiem finansowym i poświęceniem paru lat. A kończąc jedynie średnią szkołę śmiało można utrzymać całą rodzinę.
Rozmowy kwalifikacyjne wyglądają podobnie jak u nas, z wyjątkiem języka. Ale bardziej szanują czas kandydata, zwracają koszty podróży zagranicznej. A CV jest pierwszym krokiem poznania kwalifikacji, a nie jedynym czynnikiem przy selekcji do rekrutacji. Stąd chętnie zapraszają na rozmowy. Za każdym razem doświadczyłem obchód po firmie, tak jakby chcieli się pochwalić, co robią. Wadą jest, że tradycyjnie trzeba czekać na decyzję, od tygodnia do miesiąca.
Mają tutaj przerwę na lunch, z reguły w południe, większość biur jest zamykana na 1-2 godziny, co w tym czasie robi pracownik to nikogo nie interesuje, można więc załatwiać sprawy (ale jak tu załatwić sprawę skoro inni też mają przerwę?).
W małych miasteczkach, w którym znajduje się centrum handlowe „Migros” (to taka tutejsza sieć małych supermarketów), gdzie oprócz zakupów można też tanio zjeść (obiad za 15 franków). Ciekawe jest to, że nie znają tu kompotu, a w sklepie nie dostanie się korzenia pietruszki, kwaśnej śmietany, ani paprykowych chipsów. Za to słodką śmietanę mają znakomitą, i kawę też. A co do obiadów w powyższym markecie, to gdy przybyłem o 15.00 to już obiadu nie zjadłem, bo już nie podawali. Ta pora według tubylców jest zbyt późna na lunch.
Przekonałem się także, że lepiej mówić po... angielsku. I w sklepie, również w restauracji w
„Migrosie”, gdzie zostałem znacznie lepiej obsłużony (większa porcja mięsa) niż rodowity
Szwajcar. Po prostu jestem dla nich turystą, więc zostawiam tutaj dodatkowe pieniądze. Z tego też powodu oni wiedzą, że nie jestem Niemcem, ani Szwajcarem z innego regionu, z którymi tak się lubią jak u nas kibic Lecha z kibicem Legii.
Na terenach wiejskich gospodarze wpadli na "genialny" pomysł: pędzą stada krów po ścieżkach dla turystów, pozostawiając po sobie smród i błoto. Mało tego, na drodze spotykamy albo krowę (dość łatwo się z nią negocjuje, by zeszła nam z drogi), albo pastuch, który trzeba często przekraczać.
Zdjęcie uzupełniające post pobrałem z pexels.com, na zasadzie darmowego udostępniania. Krowa na powyższej fotografii jest typowym przedstawicielem "zawalidróg" w szwajcarskich Alpach ;)