Popełniłem ostatnio swój pierwszy tekst na Hive. Pierwszy w tym sensie, że nie było to tekst powitalny, raport actifit czy sprawozdanie z ćwiczeń. Była to równocześnie moja pierwsza od najpewniej czasów matury wypowiedź pisemna. Takie wypracowanie.
Przyznam, że publikowałem to z pewnym drżeniem serca. Dawno już nie musiałem oddawać własnych wypowiedzi po czyjąś ocenę. A już na pewno nie z własnej woli.
Kiedy już kliknąłem publikuj… nic się nie stało. Wstałem, wypowiedziałem się. Emocje sięgnęły zenitu. I tyle. Trochę jak wybory na sołtysa. Niby wielkie wydarzenie, ale obchodzące mało kogo, prócz samych zaintesowanych. Na tym nie koniec podobieństw. Dostałem kilka głosów – do policzenia na palcach jednej ręki. Z czego większość od rodziny i znajomych. Plus jakiś przypadkowy.
Przez następną dobę niczym nałogowiec, co godzinę lub mniej, zerkałem na Hive czy aby coś ruszyło. Bez zmian.
Skłamałbym gdybym powiedział, że nie było mi przykro. Było, a jak! Mam jednak świadomość, że nigdy nie byłem urodzonym polonistą. Kazali to pisałem. Na tę czwórkę zwykle się człowiek wyrobił. Znaczy się byłem „dobry”. Różnica między szkołą, a Hivem polega na tym, że za moja polonistka miała płacone za czytanie mnie. Tutaj frukty mam zgarniać ja sam.
Werdykt realiów uparcie brzmi: „Sołtys to maks, co może z ciebie być”.
Nie ujmując niczego żadnemy znamu i nieznanemu mi sołectwu. Zacząłem zadawać sobie pytanie. Dlaczego (prawie żaden) "pies z kulawą nogą nie zainteresował się" czymś, czym tak bardzo chciałem podzielić się ze światem? Tutaj muszę wspomnieć pewien niezwykły wyjątek, pewna pani z Grecją w nazwie, polubiła ten tekst i naprawdę uratowała resztki mojego samopoczucia. Dziękuję najmocniej :) )
Szukając odpowiedzi doszedłem do kilku wniosków:
- Temat jest ok.
- Tu mogę się mylić. Moje uwagi też nie są najgorsze.
- Nie potrafię pisać!
Punkt trzeci zasmucił mnie. Jednak, gdy już trochę ochłonąłem. Spojrzałem krytycznym okiem na popełnioną przeze mnie recenzję dość szybko zrozumiałem, że jest bardzo, bardzo… ale to bardzo długa. Pewnie ma też inne wady, jednak to najbardziej rzuciło mi się w oczy.
Uciekam w poboczne tematy. Gubię wątek. Skaczę między ideami. Kto wie czy polonistka nie była i tak nazbyt łaskawa? Ogólnie, gdybym sam tego nie napisał, to pewnie zupełnie nie chciałoby mi się czytać czegoś tak długiego i chaotycznego. Szczególnie, gdy sprawdzałbym Hive, tak jak sam zwykle to robię. Na komórce. Nie mówię, o tym, aby osiągnąć lapidarność stylu Juliusza Cezara. Takie wpisy mogłyby pewnie zrobić furorę na twitterze, ale tagu polish już raczej nie podbiłby równie łatwo jak Egiptu.
Z taką to świadomością stanu rzeczy zasnąłem. W niedzielny poranek okazało się, że nie jest tak źle. Zdążyłem już popaść w głęboką samokrytykę, a tu znaleźli się kolejni czytelnicy. Ilość serduszek podskoczyła. Powiadomienia rozbłysnęły czerwoną kropeczką. Pozwoliłem sobie zinterpretować te fakty jako potwierdzenie trzech spisanych powyżej punktów.
Ktoś w to kliknął – znaczy się temat wzbudził pewne zainteresowanie.
Ktoś to polajkował – a zatem moje przemyślenia musiały choć trochę przypaść komuś do gustu.
Wciąż uważam, że tekst jest zbyt długi i może odstręczać.
I tak o to z mieszanymi uczuciami postanowiłem popełnić kolejny wpis. Aneks do recenzji.
W przeciągu zaledwie kilku dni Hive dostarczył mi całego spektrum emocji. Rozczarował, zignorował, pocieszył, uradował i … zmotywował. Ostatecznie wyszło na to, że dzięki nieco pochopnemu dorwaniu się do klawiatury i wynikłemu z tego strumieniowi świadomości zyskałem blisko pół dolara i pewną wiedzę o sobie.
W gratisie też zmieniłem samozadowolenie na świadomość mankamentów.
Nigdy nie odczuwałem ciągot pisarskich. Tym mocniejszym było przeżyte doświadczenie. I muszę przyznać jedno. W ostatecznym rozrachunku nawet mi się podobało. Nie dałbym rady z tego żyć. Szczególnie, gdy uczciwie przyznam się przed samym sobą, ile czasu płodziłem powód całego zamieszania. Równocześnie zrodziła się we mnie chęć, zbudowania choćby „przyzwoitego” (taki db z wypracowania) warsztatu. Umiejętność przelewania myśli na papier w sposób zwięzły i interesujący to nie byle rzecz.
Zdecydowałem, że:
- Każdego dnia będę, pisać przez pół godziny.
- Nie będę pisać tekstów dłuższych niż 1000 słów. Stopniowo redukując ich ilość.
Nie umiem jeszcze stwierdzić czy takie działanie może zaowocować codzienną publikacją. Pewnie nie. Nierozstrzygniętym jest też czy będzie o czym pisać. Na cóż mi szlifować styl, gdybym nie miał nic do powiedzenia? Wszystko się okaże.
Pół godziny również może z początku być zbyt krótkim terminem. W tym oto momencie stukam w klawisze już od dwudziestu ośmiu minut. Jednak spróbuję. I pewnie zaowocuje to zwiększoną produkcją słowa z mojej strony. Liczę, że uda się „dowieźć” jeden, może dwa teksty na tydzień, ale gdzieś trzeba zacząć.
Ideałem byłoby osiągnąć stan, w którym potrafię w przeciągu 30 minut, nie przekraczając 500 słów, zachowując ciekawą formę przelać na papier określony temat.
Dzisiaj zajęło mi to piętnaście sekund zbyt długo. Za to ilość słów jest w akceptowalnej normie - jeszcze. A czy kogoś zaciekawiło, tak aby doczytał aż do końca… jeśli udało Ci się doczyać do końca, daj - proszę - znać :)