Znacie te gry, w których lecisz, starasz się unikać przeszkodom, a i tak wiesz, że zaraz w coś przyj...iesz, bo tempo gry będzie ciągle przyśpieszać, przeszkód pojawi się coraz więcej, a ty choćby nie wiem co, jesteś tutaj w roli przegranego? Kiedy przychodzi takie dziwne napięcie w życiu, ludzie wyjeżdżają na urlop. Pojechałam i ja, bo już czułam się jak ten wilk, co biega z koszyczkiem i chwyta tu jedno i tu – uwaga, szybko – drugie jajko, wodospad jajek. Wątpliwa satysfakcja z takiego życia i takiej gry, niby osiągasz punkty, niby sukcesy w pracy, ale statek rozwalony i po kolana depczesz w rozbitych jajkach. Jestem w Mediolanie, mieście sukcesu, władzy i pieniędzy, gdzie nawet bezdomni żyją w takim dobrobycie, że zostawiają półpełne butelki z niedopitym winem po murkach i na przystankach. Kiedy dopiłam trzecią osieroconą butelkę przypomniałam sobię, że północne Włochy są teraz dla piwa tym, co Montepulciano dla wina. Poszłam do knajpy Scott Duff Pub. Jest tu fajnie i o każdym piwie można coś przeczytać na wydrukowanej kartce na stoliku. Tu nie warzą New Englan IPA, tu warzą NA IPA (New Abruzzo IPA). Patriotyzm podoba mi się u wszystkich oprócz moich rodaków. Czekam, kiedy wpadną na pomysł uwarzyć CBP (Calabria Baltic Porter).