Witajcie,
Dziś post trochę inny niż dotychczas. Rozpoczyna on serię wpisów dotyczących moich luźnych przemyśleń i spostrzeżeń. Tak więc zaczynamy.
Kilka miesięcy temu został otwarty u mnie sezon na przeziębienie. Chorowaliśmy wszyscy po kolei. Walka o powrót do zdrowia trwała około tygodnia na każdego chorego. Następnie starszy S. szedł do przedszkola i za kilka dni znowu to samo: przeziębienie, wizyta u lekarza, lekarstwa, następni chorzy i kolejne tygodnie z głowy.
Zmęczeni już całą tą sytuacją poprosiliśmy zaufana farmaceutkę o szczerą poradę. Za jej radą zainwestowaliśmy w witaminę C oraz cynk, aby pomóc walczyć organizmowi z przeziębieniem, a także wzmocnić naszą odporność.
Ostatnio, gdy znowu przeziębienie zapukało do naszych drzwi, od razu (przy pierwszych objawach choróbska) zastosowaliśmy wskazane dawki witaminy C oraz cynku. I wiecie co się okazało? Przeziębienie zamiast trwać u mnie tydzień, jak to zazwyczaj bywało, trwało trzy dni. Serio! Trzy dni. Po tym czasie nie miałam już ani kataru, ani bólu gardła.
Po takich doświadczeniach nasunęły mi się dwa pytania:
- Czy lekarstwa, które stosujemy (mowa oczywiście o przeziębieniu) są stworzone po to, aby nas wyleczyć? Czy tylko mają załagodzić objawy, a nasz organizm i tak sobie sam poradzi z przeziębieniem, w myśl powiedzenia:
Leczony katar trwa 7 dni, a nieleczony tydzień.
- Czy lekarze pierwszego kontaktu, z którymi się kontaktujemy podczas przeziębienia traktują nas jeszcze indywidualnie? Czy raczej chcą odhaczyć pacjenta znaczkiem "zrobione" i jak najszybciej przyjąć kolejnego?
Im bardziej się nad tym zastanawiałam, tym bardziej nie umiałam jednoznacznie odpowiedzieć sobie na zadawane pytania. Tyle różnych rzeczy słyszy się o przemyśle farmaceutycznym i lekarzach, że trudno się w tym wszystkim odnaleźć.
A Wy co myślicie na ten temat?
Pozdrawiam i do usłyszenia :)