W czwartek siły amerykańskie zbombardowały kilka obiektów na terytorium Syrii, w pobliżu granicy z Irakiem. Obiekty wojskowe będące celem nalotów miały należeć do szyickich milicji wspieranych przez Iran i działających również na terenie Iraku.
Nalot był odpowiedzią na atak rakietowy w Irackim Erbilu, do którego doszło 15 lutego. Rakiety wystrzelone przez nieznanych sprawców uszkodziły kilka budynków i zabiły jedną osobę - zagranicznego pracownika zatrudnionego w amerykańskiej bazie wojskowej. Do dziś nie ustalono jednoznacznie sprawców tego ataku, ale oskarża się o niego organizacje powiązane z Iranem.
Amerykanie nie powiedzieli nic o ofiarach śmiertelnych swojego nalotu. Z kolei Syrian Observatory for Human Rights mówi o 17 zabitych Irakijczykach. Atak miał zniszczyć również kilka ciężarówek z amunicją.
SOHR podaje również, że po ataku siły irańskie oraz milicje szyickie stacjonujące w tym regionie natychmiast ewakuowały się w obawie przed operacją zakrojoną na szerszą skalę. Obserwatorzy zgadzają się jednak, że była to raczej demonstracja siły jako reakcja na ataki na amerykańskie cele w Iraku.