I tak oto minęły cztery tygodnie. Jak wspomniałem ostatnio, Donald Trump jakoś w pierwszych godzinach po wybuchu wojny powiedział, że Stany Zjednoczone są gotowe "nawet na cztery tygodnie działań". Nie żebym przykładał szczególnie wiele uwagi do słów Trumpa, ale jednak sytuacja na dzień dwudziesty ósmy pokazuje, że USA nie spodziewały się takiego obrotu spraw i w planach było albo to, że po czterech tygodniach Iran będzie całkowicie powalony na łopatki, albo w Teheranie będzie paradował Reza Pahlawi w towarzystwie amerykańskich czołgów. No i nie wyszło.
Dziś mija pięć dni odkąd Trump przedłużył wcześniejsze, dwudniowe ultimatum dla Iranu właśnie o pięć dni. I, któż by się spodziewał, wczoraj ultimatum znów zostało przedłużone. Tym razem do 6 kwietnia. Warunki pozostają niezmienne: do tego czasu Cieśnina Ormuz ma zostać otwarta, albo USA przestaną być miłe.
Wśród wielu innych, genialnych rzeczy które powiedział ostatnio Trump (a mówi ich dużo) znalazło się m.in. stwierdzenie, że Irańczycy błagają go, żeby został nowym Najwyższym Przywódcą Iranu. Skromnie odmówił.
Spotkanie Trumpa z Xi Jinpingiem zostało oficjalnie przełożone na termin 14-15 maja.
Ambasador Zjednoczonych Emiratów Arabskich w USA powiedział, że jego kraju nie zadowoli zwykłe zawieszenie broni z Iranem. Zamiast tego ZEA oczekują "całkowitego rozwiązania" i unieszkodliwienia irańskiego programu atomowego, pocisków balistycznych, dronów, finansowanych przez Teheran grup zbrojnych w regionie i możliwości Iranu do blokowania cieśniny Ormuz. Jednym słowem, naciskają raczej na dalszą eskalację.
Izraelski generał Eyal Zamir ostrzegł, że izraelskie siły zbrojne są "na skraju załamania", a wojsku dramatycznie brakuje żołnierzy.
W tym samym tonie wypowiedział się Ja`ir Lapid, przywódca głównej opozycyjnej partii Jesz Atid. Lapid powiedział, że obecny rząd Izraela prowadzi kraj do katastrofy. Stwierdził, że armia jest rozciągnięta do granic możliwości, a rząd wysyła ją na kilka frontów jednocześnie, bez żadnego planu i strategii. Dodał też, że armia pozostawia rannych żołnierzy na polach bitew, bez ewakuacji. Sytuacja ma być dramatyczna tym bardziej, że rezerwiści są obecni na froncie 6-7 razy dłużej niż powinni w ramach jednej rotacji, a przemęczenie i wypalenie jest powszechnym problemem.
Effie Derfin, rzecznik prasowy izraelskiej armii przyznał, że wojsko zmaga się z poważnym niedoborem żołnierzy, szczególnie na froncie w Libanie.
Al Jazeera opublikowała dziś krótki reportaż z Isfahanu który potwierdza to, o czym wczoraj pisała moja znajoma na miejscu. W społeczeństwie ma dominować raczej wściekłość i rozczarowanie, oczywiście szczególnie wśród tych, którzy jeszcze niedawno wierzyli w dobre intencje Trumpa i to, że reżim zostanie obalony w szybkiej kampanii bombardowań i nastanie wolny, demokratyczny Iran. Skala bombardowań i powszechne branie na cel obiektów cywilnych pokazało już, że nikomu nigdy nie chodziło tu o żadne dobro Irańczyków. To samo słyszałem już od przynajmniej dwóch osób na miejscu, więc prawdopodobnie oddaje to obraz dużej części społeczeństwa.
Wołodymyr Zełeński przebywa dziś z wizytą w Arabii Saudyjskiej. Podpisał tam ukraińsko-saudyjską umowę o współpracy wojskowej mówiąc, że Ukraina jest gotowa nadal dzielić się swoimi doświadczeniami w zwalczaniu dronów.
Niektóre źródła podają, że Amerykanie mogą zrzucać z samolotów na teren Iranu miny. W sieci pojawiły się zdjęcia, które zostały zidentyfikowane przez Washington Post jako amerykański model BLU-91/B - miny przeciwpancerne, przystosowane do zrzucania z samolotów. Źródła irańskie podają, że przynajmniej jedna osoba cywilna zginęła już w wybuchu takiej miny. Jeśli informacja się potwierdzi, to będzie to pierwsze od około 20 lat użycie takich min przez USA, a przy okazji poważny cios wymierzony w cywilów. Miny zostały póki co znalezione w okolicy Szirazu.