Wyjątkowo mam dziś dla Was coś innego, niż wiadomości. Naszło mnie dziwne zmęczenie i chęć oderwania się choć na jeden dzień od wojny i zniszczeń. Szczególnie, że oprócz dalszego, niezrozumiałego bełkotu z Białego Domu i kolejnych gróźb nie wydarzyło się dziś nic nowego. Pomyślałem, że zamiast tego przedstawię Wam kogoś, kogo poznałem w czasie zeszłorocznej podróży do Iranu.
Nigdy jeszcze nie miałem tak, żeby jakiś obraz całkowicie zwalił mnie z nóg i wprawił w jakiś dziwny trans. W zeszłym roku w Teheranie jeden znajomy zabrał mnie do księgarni, w której na piętrze była akurat wystawa młodych, irańskich malarzy. Z jakiegoś powodu to miejsce mocno zapadło mi w pamięć. Do dziś pamiętam jego zapach, młodą dziewczynę za ladą i "Under the Violet Moon" autorstwa Blackmore's Night lecące z głośników.
Waldemar Łysiak w jednej ze swoich książek opisywał historię człowieka, który zakochał się w Mona Lisie. Był nią tak zafascynowany, że specjalnie zatrudnił się jako strażnik w Luwrze, żeby móc cały czas z nią być. Brał nocne zmiany, kiedy muzeum było zamknięte dla odwiedzających, i całymi nocami przesiadywał samotnie, wpatrując się w nią. Jakoś tak poczułem, że sam mógłbym wpatrywać się tak samo godzinami w ten obraz i w jej twarz. Nie wiem nawet, kto jest jego autorem. Bezimienny, irański malarz, zapewne młoda osoba zainspirowana kulturą swojego kraju.
Tahmine, jedna z postaci Szahname, irańskiego eposu narodowego i księgi zawierającej zbiór irańskich, przedislamskich mitów i legend. Postać być może drugoplanowa, ale jednocześnie o ogromnym znaczeniu.
Kilka lat temu kupiłem sobie rower. No, żeby jeździć. Dałem mu na imię Rachsz, bo tak nazywał się koń Rostama - jednego z głównych bohaterów irańskich mitów, legendarnego herosa i mocarza. Gdyby nie Rachsz, pewnie nie oglądalibyśmy dziś twarzy Tahmine spoglądającej z obrazu.
Pewnie dnia Rostam wybrał się z Rachszem na polowanie. Upolował zwierzę, które następnie przygotował, upiekł nad ogniskiem i zjadł, a następnie ułożył się do snu. Kiedy się obudził, Rachsza już nie było. Ponieważ był wiernym i mądrym rumakiem, na pewno nie oddaliłby się sam. Ktoś musiał go uprowadzić.
Wściekły Rostam wyruszył na poszukiwania. Po pewnym czasie dotarł do miasta Samangan. Dziś jest to na terenie Afganistanu, ale w tamtych czasach był to Turan - odwieczny wróg, z którym Iran prowadził nieustanne wojny. Rostam był herosem Iranu, ale nawet w Turanie jego sława sprawiała, że był powszechnie szanowany i podziwiany. Król miasta przyjął go zatem wielką ucztą. Obiecał, że osobiście wyśle swoje sługi, żeby odnalazły Rachsza, a do tego czasu zapewnił Rostamowi gościnę.
Kiedy po uczcie Rostam udał się do swojej komnaty, pojawiła się właśnie ona. Tahmine, córka króla, księżniczka Samanganu. Powiedziała, że wiele słyszała o Rostamie i jego heroicznych czynach. Wyznała mu miłość i obiecała, że jeśli spędzi z nią noc i da jej dziecko, Rostam natychmiast odzyska swojego konia.
Rostam przystał na propozycję i spędził z księżniczką noc. Następnego dnia Rachsz rzeczywiście się odnalazł. Oboje odjechali, zostawiając Tahmine samą. Przed wyjazdem Rostam wręczył jej dwa przedmioty - wstążkę i diament. Powiedział, że jeśli z ich wspólnej nocy narodzi się córka, niech wplecie diament w jej włosy. Jeśli będzie to syn, niech przewiąże mu tę wstążkę na ramieniu.
Po dziewięciu miesiącach Tahmine urodziła syna, któremu dała na imię Sohrab. Chłopiec rósł szybko, już w młodym wieku przewyższając siłą i walecznością największych wojowników Turanu. Tahmine nigdy jednak nie powiedziała mu, kim naprawdę jest jego ojciec. W końcu Sohrab, już jako młody mężczyzna, stracił cierpliwość. Zagroził własnej matce mieczem i zażądał, żeby powiedziała mu, kim jest jego ojciec. Dopiero wtedy Tahmine, być może przestraszona siłą i gniewem swojego syna, zdradziła mu tajemnicę.
Sohrab natychmiast wyruszył w świat, aby odszukać ojca. Był przekonany, że tak potężny wojownik jak on i największy heros świata jak Rostam powinni być razem, i wspólnie będą niepokonani. Jego historia jest znacznie dłuższa, ale nie będę jej tu w całości opisywał. Wystarczy powiedzieć, że po różnych przygodach stał się największym wojownikiem i czempionem całego Turanu. Nadal jednak nie odnalazł Rostama.
Kiedy nadeszła kolejna wojna między Turanem a Iranem, obydwie armie spotkały się w polu. Rostam dowodził armią Iranu, a Sohrab stał na czele Turanu. Oboje nie znali swoich tożsamości. W środku bitwy stanęli ze sobą do pojedynku. Rostam był zaskoczony siłą swojego przeciwnika.
W końcu stało się coś niemożliwego: niepokonany, potężny Rostam został powalony w walce. Sohrab zdobył przewagę i już miał go zabić, kiedy Rostam uciekł się do oszustwa: powiedział, że zgodnie z prawem Sohrab musi dać mu drugą szansę. Dopiero po drugiej wygranej będzie mógł go zabić. Sohrab, nieświadomy tego że to zwykłe kłamstwo, zgodził się. Tym razem to Rostam zdobył przewagę i przebił przeciwnika mieczem - wbrew swoim słowom, nie dając mu żadnej drugiej szansy.
Umierający Sohrab powiedział mu, że jego śmierć stanie się teraz dla niego przekleństwem. On sam może zginąć, ale jego ojcem jest sam wielki, słynny Rostam, który na pewno wkrótce dowie się o śmierci swojego syna i zrobi wszystko, żeby go pomścić. Nie będzie takiego miejsca na ziemi i w niebie, w którym będzie można ukryć się przed jego gniewem.
Dopiero wtedy Rostam zorientował się, że zabił w walce własnego syna. Natychmiast posłał po medyków, ale było już za późno - Sohrab umarł w jego ramionach. Wielki bohater wpadł w rozpacz.
Ciekawe w Szahname jest to, że tu zawsze wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Nie tak, jak choćby w mitach greckich, w których człowiek często jest bezwolną zabawką w rękach bogów i nie ma na nic wpływu. W Szahname zazwyczaj nieszczęścia są konsekwencją złych uczynków. W tej historii też wszyscy są trochę winni.
Rostam - bo zostawił ciężarną Tahminę, nie interesując się swoim nienarodzonym dzieckiem. Dodatkowo wygrał walkę nieuczciwie, oszukując przeciwnika. Sohrab - bo popadł w dumę, uważając się niezwyciężonego wojownika. Nie kontrolował swojego gniewu, o mały włos nie zabijając własnej matki.
A Tahmine? Dawniej wydawało mi się, że to wszystko wina jej intryg. Teraz bardziej myślę o tym, że ona została tu pokrzywdzona najbardziej. W najpopularniejszej wersji tej historii - a jest ich kilka - szczerze kochała Rostama, chciała zostać jego żoną i urodzić jego dzieci. On jednak wykorzystał ją i zostawił, nie interesując się nią później. Ostatecznie nawet własny syn zwrócił się przeciwko niej.
Kiedy dotarła do niej wiadomość o śmierci Sohraba, ona również popadła w rozpacz. Jak mówi Szahname, jej duch wkrótce opuścił jej ciało i wyruszył za Sohrabem.
I wszystko to dlatego, że ktoś kiedyś zobaczył śpiącego pod drzewem Rostama - najpotężniejszego wojownika przed którym drżał cały świat - i uznał, że dobrym pomysłem będzie ukraść mu konia.
Cieszę się, że mnie i mojego Rachsza nic takiego nie spotkało. Naprawdę nie chciałbym pewnego dnia zabić przypadkiem mojego syna urodzonego dlatego, że kilkanaście lat wcześniej w stanie nietrzeźwym spędziłem noc z córką lokalnego sołtysa po tym, jak wyszedłem z lasu i awanturowałem się, że ktoś ukradł mi rower. Trudno byłoby to wytłumaczyć terapeucie.
Nie wiem do dziś, dlaczego ten obraz tak mnie oczarował. Może to spojrzenie Tahmine, może jakaś dziwna nuta niewinności w jej twarzy. Ciekawe, czy wisi tam nadal, czy też budynek tej księgarni również stał się celem wyzwalania i demokratyzacji Iranu, i leży już w gruzach... a ona razem z nim. To smutne zakończenie, ale z jakiegoś powodu pasuje mi do jej historii.
Zostawiam Was dziś z jej spojrzeniem. Jutro wracam ze standardowymi wiadomościami.