Protesty w Iranie nie ustają. Wczoraj doszło do znacznej eskalacji i zwiększenia skali, choć dalej jest ona prawdopodobnie dużo mniejsza, niż podają niektóre media. Wczoraj dużo można było przeczytać o tym, że "Teheran płonie" i zmienił się w "pole bitwy". W takich doniesieniach jest dużo przesady, bo - póki co - w większości dzielnic stolicy panuje spokój.
Wczoraj w całym kraju został odłączony internet, więc mam tylko szczątkowe informacje od znajomych na miejscu. To jest zła wiadomość, bo zazwyczaj przy takich protestach odłączenie internetu oznaczało przejście do fazy brutalnego tłumienia wystąpień.
W wielu miejscach protesty są oczywiście bardzo gwałtowne i brutalne. Do wczoraj mówiono o przynajmniej 45 zabitych osobach. W nocy ta liczba mogła znacznie się zwiększyć. Agencja powiązana z Korpusem Strażników Rewolucji podała dziś, że w nocy zginęło kilku funkcjonariuszy.
W tym wszystkim miłą wiadomością jest to, że wczoraj Donald Trump ogłosił iż nie ma zamiaru póki co spotykać się z Rezą Pahlawim i raczej nie widzi go jako potencjalnego kandydata do przejęcia władzy po Republice Islamskiej. Niezłomny książę nie ustaje jednak w swojej heroicznej walce i nadal z bezpiecznego domu nawołuje Irańczyków, aby bohatersko przelewali krew ku jego chwale.
Równocześnie Trump powtórzył swoje groźby i kolejny raz powiedział, że jeśli reżim będzie brutalnie tłumił wystąpienia i zabijał ludzi na ulicach, USA mogą zainterweniować.
Dziś publicznie wystąpił też najwyższy przywódca Chamenei. Tu kolejny raz warto zwrócić uwagę na to, jak wielki chaos informacyjny teraz panuje. Wczoraj internet kipiał od wiadomości, że Chamenei albo już nie żyje, albo - potwierdzone i pewne w 100% źródła donoszą! - wyjechał do Rosji.
Samo przemówienie było utrzymane w standardowym tonie. Chamenei oskarżył Izrael i USA o organizację protestów, zaś demonstrantów nazwał wandalami, którzy chcą niszczyć własny kraj na życzenie prezydenta USA. Wszystko więc wskazuje na to, że władze nadal widzą jedynie siłowe rozwiązanie kryzysu.