Dwa wymienione filmy mają podobną tematykę: muzykę. Oba mówią o profesjonalnym graniu na instrumencie. Oba przyjąłem skrajnie różnie.
Film "Wysokie i niskie tony" widziałem w właśnie zlikwidowanych gdańskim kinie. To już daje przewagę nad domowym oglądaniem, ale w sumie wcale tak nie musiało być. Ten film był po prostu bardzo sprawnie poprowadzony. Nie był genialnym arcydziełem. Seans był dobrze spędzonym czasem.
Film opowiada o 2 braciach, którzy grają w orkiestrach. Jeden jest dyrygentem światowej sławy a drugi gra w orkiestrze górniczej przy kopalni. Nie jest to jednak film biograficzny. Bardziej bajeczka z muzyką w tle. Były w tym filmie tylko niezbędne do budowania akcji sceny.
Doceniam to bardzo bo można było w łatwy sposób ten film zepsuć. Można było np. dodać długi wątek o chorobie, które to wątki występują w tysiącach filmów. Można było pokazać dzieciństwo, dorastanie, edukację. Tu nie było nic z tego. Wystarczyły dwie sceny z kolegami muzykami i już wiedzieliśmy co było trzeba.
Tu liczyła się muzyka i relacja głównych bohaterów. Przez przypadek jeden miał możliwości rozwoju a drugi musiał ciągle stawiać czoła przeciwnościom. To budowało ten film, fabułę, dialogi.
Nie brakło wzruszeń. Na mnie muzyka działa, zwłaszcza w wykonaniu orkiestry i to w kinie gdzie dźwięk nas otacza.
Drugi film to baśń filmowa o człowieku który całe życie spędził na statku i na nim był też genialnym pianistom. Pomysł ciekawy. Pokazano to bardzo poetycko. Też można było się wzruszyć. Zwłaszcza, że muzykę skomponował tu Morricone. Nie brakuje widoków na ocean. Dużo tu elegancji i wystawnych koncertów dla uczestników rejsu. Efekty specjalne widać, że są z końca XX wieku, ale całość wyglądała jednak po prostu ładnie.
Problem w tym, że ta druga historia Człowieka Legendy jest źle poprowadzona. Mnóstwo scen jest zbytecznych i rozwleczonych. Kroki i spojrzenia bohaterów są pokazywane z 4 stron ze zwolnieniami kadru i podniosłą muzyką. Dla mnie ona narzucała z góry co mamy myśleć na dany temat. Ciekawa była scena pojedynku pianistów na muzykę - to zdecydowanie mogło się podobać. Ta scena też była bardzo długa - usłyszeliśmy 6 utworów i dopiero ten ostatni był finałowym zwycięstwem.
Najbardziej bolały mnie słowa jakie w tym filmie padały. Wszystko było tak przewidywalne... Jakby połączyć muzyką zbiór 7 przysłów lub porzekadeł, który przy muzyce i zbliżeniach na oczy nagle ma nabrać niesamowitej głębi (np. najpiękniejsza muzyka jest między nutami). Królowały oczywiście równoważniki zdań.
Żona usnęła w połowie i bardzo jej tego snu zazdroszczę. Film ma ocenę 7,9 na Filmwebie. No cóż. Podobno jest jakaś okrojona wersja, która trwa 2 godziny. Szkoda, że na nią nie trafiliśmy.