Książki czasami trafiają do nas w bardzo dziwny sposób. O „Tragedii Gustloffa” dowiedziałem się około rok temu od turysty – wolontariusza Muzeum Powstania Warszawskiego, którego oprowadzałem po Muzeum Emigracji w Gdyni. Sam fakt, że rozmowa o największej katastrofie morskiej świata wydarzyła się właśnie tam, nie był przypadkowy. Z okolic muzeum widać przecież Oksywie – miejsce, z którego 30 stycznia 1945 roku wypłynął „Wilhelm Gustloff”.
Autorem książki „Tragedia Gustloffa” jest Heinz Schön – człowiek, który przeżył katastrofę i przez wiele lat zbierał relacje oraz dokumenty dotyczące tego dramatu. To czuć podczas lektury. Książka napisana jest prostym językiem, ale właśnie ta prostota działa najmocniej. Nie ma tam literackiego popisywania się. Są obrazy, emocje i ogrom ludzkiej tragedii.
Jednocześnie już na początku pojawia się coś bardzo niepokojącego – kwestia liczby pasażerów. Oficjalne dokumenty, na których autor początkowo się opierał, mówiły o około sześciu tysiącach osób na pokładzie. Jednak po latach Heinz Schön otrzymał relację członka załogi, który miał liczyć wchodzących na statek i według niego ludzi było ponad dziesięć tysięcy. To ogromna różnica. Przez większość książki czytamy więc o jednej liczbie, mając z tyłu głowy świadomość, że rzeczywista skala tragedii mogła być jeszcze znacznie większa.
Sama historia „Gustloffa” jest opowiedziana szeroko – nie tylko jako opis katastrofy, ale też jako obraz epoki. Autor pokazuje dojście Hitlera do władzy, a także historię Wilhelma Gustloffa – działacza nazistowskiego zamordowanego dokładnie 30 stycznia, którego nazwiskiem nazwano statek. Robią ogromne wrażenie opisy przedwojennych rejsów wycieczkowych organizowanych dla niemieckich robotników. Ludzie zachwycali się swoim państwem, możliwością podróżowania i poczuciem wspólnoty. Czytając te fragmenty można zrozumieć, dlaczego tak wielu zwykłych ludzi uwierzyło w III Rzeszę. I właśnie dlatego ta książka jest tak mocna – pokazuje, jak łatwo budować szczęście jednych na cierpieniu innych.
Dzwon z Gustloffa - eksponat w Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku
Szczególnie zapamiętałem fragment o akcji ratunkowej prowadzonej przez „Gustloffa” wobec angielskiego statku na Morzu Północnym. Paradoksalnie ten sam statek, który później stał się symbolem katastrofy, wcześniej sam ratował ludzi. Takie momenty nadają tej historii jeszcze więcej tragizmu.
*Fragment wystawy w Muzeum Obrony Wybrzeża na Półwyspie Helskim"
Później przychodzi już wojna totalna i jej konsekwencje. Autor opisuje między innymi masakrę w Nemmersdorfie – dziś to Majakowskoje w obwodzie królewieckim – która wywołała panikę wśród ludności cywilnej Prus Wschodnich. Wieści o tym, co dzieje się na wschodzie, dotarły także do Gdańska i Gdyni. Rozpoczęła się desperacka ucieczka. „Wilhelm Gustloff”, dawny luksusowy statek wycieczkowy, stał się transportem dla tysięcy uchodźców.
I właśnie to jest najbardziej przejmujące. Na pokładzie były głównie kobiety i dzieci. Rodziły się tam dzieci. Rodziny próbowały ratować siebie nawzajem. A potem przyszły torpedy, mróz i chaos. Autor opisuje ludzi unoszących się długo w lodowatej wodzie Bałtyku – przy temperaturze około 2–3 stopni i powietrzu dochodzącym do minus 18. To szczególnie mocno skontrastowało mi się ze współczesnymi opisami katastrofy promu Jan Heweliusz, gdzie często mówi się o śmierci przychodzącej po kilku minutach w zimnej wodzie. Tutaj relacje sugerują, że wiele osób utrzymywało się znacznie dłużej dzięki kamizelkom ratunkowym. Ta rozbieżność jest bardzo interesująca i daje do myślenia.
W książce znajduje się mnóstwo pojedynczych historii, które zostają w głowie. Jedna z najbardziej poruszających dotyczy osieroconego dziecka uratowanego przez członka załogi. Po latach okazało się, że ojciec dziecka przeżył wojnę i próbował odnaleźć rodzinę, którą wcześniej wysłał na pokład „Gustloffa”. Dziecko przeżyło katastrofę, ale zostało wychowane przez innych ludzi. Takich dramatów były tysiące.
Duże wrażenie zrobił na mnie także sam los autora. Heinz Schön po katastrofie miał otrzymać urlop, ale nie było już dokąd wracać – jego rodzinne strony zajęła Armia Czerwona. Skierowano go więc na kolejny statek ewakuacyjny. I człowiek, który przeżył zatonięcie „Gustloffa”, musiał ponownie pływać tą samą trasą, przewożąc kolejnych uciekinierów z Gdyni i Gdańska.
Ta książka nie jest próbą wybielania kogokolwiek. Wręcz przeciwnie – pokazuje cały tragiczny mechanizm historii. Pokazuje ludzi zachwyconych państwem Hitlera, pokazuje propagandę, pokazuje skutki wojny rozpętanej przez Niemcy. A jednocześnie pokazuje cierpienie zwykłych ludzi, którzy w finale tej historii sami stali się ofiarami.
„Tragedia Gustloffa” to jedna z tych książek, które zostają z człowiekiem na długo. Szczególnie tutaj, nad Bałtykiem, gdzie wiele miejsc związanych z tą historią można zobaczyć własnymi oczami. Patrząc dziś z okolic Muzeum Emigracji na Oksywie trudno nie pomyśleć o tym, że właśnie stamtąd wypłynął statek, którego los do dziś pozostaje największą katastrofą morską w historii świata.