Dnia 13 września w godzinach rannych wezwano nas około 2000 osób na plac Przesyłki z Tłumakami, kto co miał na plecach i pod silną strażą z karabinami w rękach pędzono nas ulicami Lwowa. Przed wyjściem oznajmiono nas że jeżeli ktoś wyjdzie z szeregu w prawdzie to nie były szeregi tylko tłum ludzi(szag w prawo szag w lewo strzelali buduti) krok w prawo krok w lewo strzelać będą. Pędzono nas ulicą Zamorsynowską, Kazimierzowską, Tokarzowskiego a następnie Grodecką na dworzec kolejowy Czerniowiecki. W czasie pędzenia widziałem jak jeden spędzonych niedużo wysunął się na bok i wtenczas podszedł NKWDziasz i kolbą karabinu uderzył go w bok. To szczęście że go nie zastrzelił. Na dworcu Czerniowieckim na rampie był już przygotowany skład pociągu z wagonów 10-tonowych, ile ich było nie wiem, ale było ich sporo. Były one odrutowane drutem kolczastym i do każdego wagonu załadowano nas 50 osób. W wagonie był nieduży piecyk żelazny oraz drzwi z drugiej strony częściowo odsunięte gdyż w tym otworze była wstawiona była wstawiona z desek nieszeroka rynienka dla celu fizjologicznego załatwiania się pasażerów to jest więźniów. Na drugi dzień zauważyłem przez okno które było również zakratowane a właściwie nie wolno było zaglądać ale z daleka od okna zobaczyliśmy że w oddali zbierają się ludzie po drugiej strony rampy a rampa była dość szeroka spozierając nie patrzyli na nasze wagony. Koło naszych wagonów kręciło się sporo wojskowych z karabinami pilnując nas aby ktoś nie uciekł lub z ludzi postronnych nie podszedł do naszych wagonów. Między tymi kręcącymi się ludźmi zauważyłem swoją rodzinkę to jest rodziców i siostry którym dałem znak gdzie jestem. Myślałem że nie zauważyli gdyż to było nie spowodu samego okna ale z oddali. Zaraz rodzice z siostrami skryli się pomiędzy wagony tak aby nie byli spostrzeżeni przez ochronę naszych wagonów, a widzieli dobrze to nasze jedno okno które nie było zasłonięte tylko zakratowane. W południowej porze odsunięto drzwi do naszego wagonu w celu podaniu nam chleba pokrajanego na porcje. I w tym momencie podeszła moja siostra młodsza mająca wtedy 17 lat prosząc wojskowych którzy nam podawali chleb a trochę prowiantu jaki przemyciła aby mnie podano. W tym momencie wywołał moje nazwisko a kiedy się ukazałem zabrał torbę od siostry nie podając mi a natychmiast zatrzasnął drzwi wagonu i siostrę odpędzając od wagonu. Nie upłynęła godzina jak nasz skład wyciągnięto z tego toru i postawiono na innym torze pomiędzy dwoma towarowymi składami tak aby nikt nie mógł podejść do wagonu i z nikim nie można było się kontaktować. Na trzeci dzień wyruszyliśmy w drogę.
Przed wyjazdem spędzono nas to jest 50 osób na półwagonu po za piecykiem , a w tej wolnej połóweczce zajął miejsce jeden wojskowy z konwojentów czy on miał broń czy też nie, nie wiemy. Zabroniono nam tą stronę nam przechodzić najwyżej tylko do rynienki w celu załatwienia się , a z nim również nie wolno było rozmawiać. My natomiast całą drogę siedzieliśmy na podłodze z tobołkiem tak że jeden pomiędzy nogami drugiego. W tym wagonie było duszno a na dworze jeszcze nie było tak zimno że nie zachodziła konieczność palenia w piecyku. Przed wyruszeniem w drogę słyszałem że po dachu wagonu ktoś przeleciał prawdopodobnie z psem, a dołem z jednej i drugiej strony ktoś obsługi uderzał młotem w ściany, natomiast konwojent w wagonie naznaczył czterech dyżurnych w każdym rogu grupy którego obowiązkiem był po uderzeniu młotem w ścianę meldować głośno że w wagonie jest tyle a tyle to jest 50 więźniów. Nic się nie stało, wszystko jest w porządku, chorych nie ma i wszyscy zadowoleni. Tak po kolei trzeba było meldować. Takie bieganie po dachu odbywały się kiedy pociąg całkiem zwalniał i miał się zatrzymać, a na postoju co chwileczkę było pukanie do ścian i trzeba było meldować , czy to było w dzień czy też w nocy, z tym że w nocy zauważyliśmy że przodu jak i też i z tyłu był oświetlony przez wielkie reflektory umieszczone na przedzie i tyle pociągu. Jadąc nie wiedząc którędy gdyż do okna nie można było podejść gdzie i na jakiej stacji stoimy. Kiedy podawano nam chleb raz dziennie 300 gram od czasu do czasu czerpak wody „hipiałku” oraz raz na 2 dni 500 gram zupy Tz. Bałandy a czasami słoną rybkę 7 szt. Wielkości około 5 cm . W czasie takiego postoju udało nam się zauważyć nazwę niektórych miejscowości jak i następnie staliśmy trzy dni na różnych stacjach Moskwy, gdzie dano nam chleb już nie razowy lecz kukurydziany z domieszką opiłek drewnianych jaki otrzymywaliśmy już do końca drogi. Zauważyłem jeszcze że zatrzymaliśmy się w Jarosławiu, Kołtas oraz Pieczora. Tak po 21 dniowej męczącej podróży zajechaliśmy do stacji Workuta leżącej daleko na Północy za kołem podbiegunowym.