30 lipca 2020 (piątek)
Prędkość maksymalna: 170 km/h
Temperatura maksymalna: 34°C
Dzień to był długi i upalny, ale przepędzony przy bryzie klimy miętowego Fiata 500, którym zmierzałyśmy do Albanii. Po trzynastu godzinach jazdy, dojechałyśmy do Nowego Sadu, gdzie zdecydowałyśmy się na nocleg w przydrożnym hostelu. Nie było to nasze pierwsze podejście do zmrużenia oka. Wahałyśmy się nad rozbiciem przy węgiersko-serbskiej granicy (rozkładanie i składanie namiotu, tej nocy, nad pewnym serbskim jeziorem, przemilczę). Do rozważenia takiej możliwości skłoniły nas godziny obsługi podróżnych. Przejazd możliwy był do 19.00. Na szczęście, nieopodal, znajdowało się całodobowe przejście graniczne, które to googlowskie mapy wcześniej ignorowały. Czas spędzony w kolejce był okazją do poczynienia dość zaskakujących obserwacji. Między sznurami samochodów, uwijało się kilku Cyganów, skwapliwie rekomendując swoje umiejętności w zakresie pucowania szyb. Nic nadzwyczajnego. Skonsternowanie w Fiacie wywołał natomiast fakt przeoczenia nas, przy oferowaniu wspomnianej usługi. Staliśmy się jedynym pominiętym pojazdem przygranicznego orszaku. Nawet błąkającą się Cyganka, z dwójką małych dzieci, nie zapukała w nasze okno. Widać legenda o moim skarpeciarstwie dotarła aż na Bałkany.
Jeśli chodzi o nasze menu, to tego pamiętnego, pierwszego dnia, stołowałyśmy się w węgierskim Macu. Niestety wrapy w ofercie były jedynie dwa - z owocami morza albo z kurczakiem, suszonymi pomidorami i sałatą. Drugą opcję możemy polecić. Co charakterystyczne dla Węgrów, tortille były pomarańczowe od papryki. Za pozytywne zaskoczenie można uznać papierowe przykrywki kubków i możliwość wyboru mleka bez laktozy.
P.S. Jeśli chodzi o jakiekolwiek kontrole to ograniczyły się one wyłącznie do obejrzenia paszportów na serbskiej granicy. Poza tym, jak na razie, żadnych testów.