... jeśli tylko zostanie nim obdarowana. Niestety zwyczaj wręczania (no właśnie, może po prostu dawania) kwiatów przywiądł.
Dowód anegdotyczny niech stanowi historia dokuczającego mi barku. Problem miał się rozchodzić, ale zamiast tego, rozgościł się na ponad tydzień. Podrzucony został mi więc kontakt do rąk, które leczą. Istotnie, potwierdzam, nie mogłam lepiej trafić. Przed poranną wizytą, zapytałam o akceptowaną walutę, padło na wino. Żaden ze mnie enolog, więc próbowałam pozyskać więcej informacji. Warunek był niezwykle skromny - "ważne, żeby było półsłodkie". Myślę sobie, podołam, ale biegnąc na przystanek stwierdziłam, że małe ubezpieczenie nie zaszkodzi, na wypadek potencjalnej nieprzełykalności wybranego przeze mnie trunku.
W tym właśnie momencie bladoróżowe, pierzaste cudo pojawiło się na horyzoncie. Piwonie! To jest to. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że również jestem winna przywiędnięciu wspomnianego zwyczaju. Zaglądanie do kwiaciarni ot tak, przy okazji, bez doniosłej okazji, nie jest dla mnie odruchem bezwarunkowym. Po zakupie od razu pożałowałam, bo błogość samej pogawędki z florystką, obserwowanie z jakim to nabożeństwem i zręcznością rozdziela splątane pędy, przy koncertowo szeleszczącym papierze, wprawiły mnie w cudowny nastrój. Aż nazbyt, bo nieomal zapomniałam, że jestem spóźniona. I nadal bez wina. Jego nabycie było znacznie mniej staranne. W drodze na przystanek okazało się, że jest jednak półwytrawne. Cóż, niech ułaskawi mnie fakt, iż projekt etykiety był minimalistyczny, w przybrudzonej, szałwiowej zieleni, która świetnie komponowała się z rozbielonym różem pąków.
Dotarłam na miejsce. Otworzyły się drzwi, stanęłyśmy obie w przedpokoju. Pomijając nikłą niezręczność, jaka towarzyszy pierwszym spotkaniom, moje prędkie tłumaczenia co do wina, najpilniejszą uwagą rozpromienionej brunetki cieszyły się piwonie. Choć przyznać trzeba, że nie od razu. Nienawykła do obdarowywania innych, podarku nie rozpakowałam, a obdarowana chciała zostawić pojenie go na później, przekopując mieszkanie w poszukiwaniu wazonu.
Podczas walki z moim rozkapryszonym barkiem, pogawędka zaprowadziła nas do ponurej konstatacji, że te piwonie to jej drugie kwiatki, jakie kiedykolwiek dostała. Z mojej strony pojawił się jedynie szok i niedowierzanie, gdyż moja wybawicielka była ponadprzeciętnej urody, tak więc pąk wszelki powinien słać się przed nią gęsto. Przytaknęłyśmy sobie nawzajem, że wymaga to skonstruowania zbiorowej reklamacji/zażalenia/wezwania ku oprzytomnieniu tych, którzy powinni być zadłużeni przynajmniej w kilku kwiaciarniach, ciesząc się naszym towarzystwem.
Podsumowując, to nie jest wyłącznie nagonka na Panów. Zarówno dawanie jak i otrzymywanie kwiatów przysparza wiele radości, niezależnie od kontekstu. Tak więc, aby podtrzymać ten szczęściodajny zwyczaj, ogłaszam konkurs (bardziej dla siebie niż dla partycypantów, już spieszę z wyjaśnieniem ;)).
Chciałabym wrócić do układania kwiatów, tak więc kompozycja, jaką ułożę w najbliższym czasie, trafi do osoby, która wskaże przynajmniej dwa gatunki roślin, użyte do wykonania powyższego kosza, a także odgadnie autora poprzedniego posta na tym koncie, ponieważ z pewnością nie jest on mój (kto by się przyznał do stołowania w KFC :P).
Konkurs zostanie rozstrzygnięty 15 lipca.
Powodzenia! :)
P.S. Z konkursu, niestety, wyłączeni zostają i
, ponieważ dysponują wiedzą tajemną (nie traćcie ducha, to nie ostatnie takie przedsięwzięcie ;)).