Mam pewną ciekawą umiejętność: rozmowy samej ze sobą (no dobra- każdy to ma, tylko nie każdy korzysta). Zdolność ta się czasem przydaje (np.w chwilach osamotnienia - nie ma nudy :)
Żartuję, ja nigdy się nie nudzę. I też: nigdy nie czuję się samotna. Samotnia - to mój stan naturalny (optymalny, oczekiwany i pożądany). Stan, w którym czuję się najbardziej komfortowo.
Wracając: umiejętność wewnętrznego monologu polega też (między innymi) na tym, że potrafię wymyślać sobie (samo mi tak), kontrargumenty dla mojej własnej argumentacji.
Czyli, w mojej głowie toczy się jakaś dyskusja, i w tej dyskusji mój wymyślony oponent stwarza kolejne warianty odpowiedzi dla przedmówcy (haha). Po czym ja mu (sobie), odpowiadam, a ten (ja) mi na to- kolejną, jakąś tam ripostę.
Kiedy zdarza mi się bywać w takich sytuacjach rzeczywistych (w realu) -to czasami jestem zawiedziona "przeciwnikiem", bo nie wpada na argument, z którym musiałabym się mierzyć, (a moja głowa mi go sama podrzuciła już 5 minut temu). Wtedy, wiadomo, muszę to zmilczeć, bo po co ułatwiać rozmówcy "wygraną", haha.
Czasem wygranych brak, i nie o to w sumie chodzi, by wygrywać dla wygrywania. Nie po to się wszak rozmawia, żeby wygrywać, tylko dla jakiegoś konsensusu. Albo ubogacenia, albo dla poszerzenia horyzontów.
Poza tym, pogadać z kimś, (gdy strumień tematu jest rwący) jest ciekawie i inspirująco. I jeśli obie strony mają otwarty umysł - to sobie z tej przygody zabiorą co wartościowe i odejdą bogatsi niż wcześniej. O tym - będzie jeszcze poniżej (patrz: punkt nr:10).
Innym razem (najczęściej), moja głowa na nic nie wpada, nawet na własne argumenty (nie mówiąc o oponencie:). Albo przychodzą mi one dopiero godzinę po rozmowie (rychło w czas Musztardo:).
Tak właśnie będzie i teraz.
Mianowicie: rozkminiam sobie ostatnio odwieczne pytanie: "Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?"
Podyskutuję sobie tutaj troszkę sama ze sobą, a Wy (jeśli zechcecie) to się do tego odnieście. (Oczywiście, nikogo już tu dawno nie ma, oraz nikt tekstów nie czyta, ale co tam.)
Czy Sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Tak!
Sztuka. Pomyślmy na przykładzie..
Muzyka, kino, rzeźba, książka, teatr, obraz.
Czy aktorzy odgrywaliby swoje role przed pustą salą? Czy koncert miałby sens, bez żywej duszy na widowni?
Czy książki by się sprzedawały, gdyby nikt ich nie kupował (źle postawiona teza, oczywiście, że jeśli nikt by nie kupował, to produkt nie zostaje sprzedany, lol). Lepiej zapytać, ile książek by napisano, gdyby nikt ich nie chciał czytać. Czy Galerie utrzymałyby się, gdyby nikt ich nie odwiedzał?
Można też postawić tu pytanie, czy ten tekst by w ogóle powstał, gdyby nie czytelnik? Choćby jeden na świecie?
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Absolutnie Nie!
Pomyślmy o Płatku Śniegu.
Każdy z nich jest dziełem sztuki, każdy misternie wyrzeźbiony, każdy inny.
Każdy jak Frywolitka. Ozdobiony ze smakiem i gustem.
A kto się pochyla nad płatkami śniegu? Odśnieżarka? Facet z łopatą? Może, ale przecież nie po to, by podziwiać ich konstrukcję, strukturę i piękno.
No tak, czasem jedynie jakiś przedszkolak się bliżej śnieżynce przyglądnie, (liżący sobie śnieg z rękawiczki).
Ale ile płatków śniegu ginie bezpowrotnie przez nikogo niezauważonych, przez nikogo nie docenionych?. Spada miękko z nieba na ziemię, i zaraz ginie.
Albo leży gdzieś w wysokich Alpach latami. Tam, gdzie nigdy żadna ludzka stopa.
No ale wiadomo, Bóg jest Twórcą niedościgłym i nie potrzebuje ludzkiego aplauzu, doceniania, czy oklasków. Nie jest tak małostkowym. On po prostu nie umie stwarzać fuszerki.
Bóg jest Artystą Totalnym i prawdopodobnie wszystko co wychodzi spod jego "pędzla" jest sztuką samą w sobie (patrz np: Fraktalna Struktura Wszechświata).
Taki jest, i tak mu wychodzi.
Większość tego piękna nikt nawet nie dostrzeże, nie mówiąc o tym, by za to podziękować.
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Tak!
Niejednokrotnie spotkałam się ze stwierdzeniem jakiegoś Autora (Wykonawcy, Muzyka, Poety, Kompozytora), że wystarczy mu jeden (JEDEN!) odbiorca, który "zrozumie", aby jego dzieło miało sens, aby trud się dopełnił.
Np.ktoś stworzył jakiś utwór muzyczny, jakąś piosenkę z tekstem, który poruszy (potrąci, zahaczy, zawłaszczy, rozczuli, rozniesie, zamiecie), albo wywoła wzruszenie albo zrozumienie..Ten efekt "kliknięcia".
Tysiące obojętnych twarzy, spojrzeń bez wyrazu, oczu bez głębi, (twarzy niezmąconych myślą), mijanych ciał bez duszy i ..nagle jedno takie szczere zdziwienie, zachwyt, zamyślenie.
Serce, które się zatrzyma, pochyli, ZROZUMIE i pomyśli: AHA.
I.. już (wg.tego twórcy) - warto było to coś stworzyć, napisać, skomponować.
Coś w tym jest.
Moja małpa wie, wie dokładnie jak to jest.
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Nie!
Inny przykład:
Pewnie słyszeliście czasem o eksperymencie społecznym takim typu, gdy Znany Wirtuoz Muzyczny (którego biletowane Koncerty zwykle zapełniają całe Hale), zasiada w przypadkowy dzień przy fortepianie na środku Dworca, (albo w jakiejś Galerii Handlowej, czy gdzieś tam na Rynku), ale zabiegani ludzie nawet przy nim nie przystają, nie mając pojęcia co za Sława akurat tam gra (bo za darmo).
Ich ignorancja nie umniejsza Talentowi Artysty, nie odbiera mu prestiżu, ani nie powoduje, że jego Utwór jest mniej cenny, bo tym razem nie oklaskiwany.
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Tak!
To teraz Odwrotnie.
Mówi się, że "Piękno jest w Oku Patrzącego".
Co o tym myślicie?
No, ja uwielbiam takich ludzi, którzy takie Oko mają. Widzą (dostrzegają) wiele różnych rzeczy (nie tylko w tym aspekcie).
Trzeba mieć piękne Oko, piękną Duszę, ale też czujność, czułość i wrażliwość (atrybuty niedostępne dla każdego).
I wtedy: Nie 'to jest piękne - co jest piękne', tylko to- co Patrzący (Widzący) uzna za piękne.
Jak ten Ktoś dostrzeże Piękno w czymś zwyczajnym, to Coś (przedziwnym zwrotem akcji) przestaje już być zwyczajne i jakoś nagle: Pięknieje.
Także i dla innych. To On może uczynić sztukę z niczego, z byle czego, z czegoś Co intencjonalnie nawet nie miało takiego zamysłu.
To jest dopiero coś.
Widzieć Cuda na około niezliczone i mnożące się wokół.
Znacie to?
Artystyczne Oko dostrzeże kształt Sensu w każdym układzie chmur.
Artystyczna dusza wcześnie zaczyna czuć, (właściwie często nawet wcześniej CZUJE niż rozumie).
Artysta wyczuje artyzm.
Czyli TO ODBIORCA CZYNI SZTUKĘ - SZTUKĄ.
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Nie!
Z siedemnastej strony, można jednak sobie wyobrazić, że jednak mnóstwo prac powstało po prostu do szuflady. Czasem nigdy nie ujrzały one światła dziennego.
Nikt ich nie przeczytał, nikt nie oglądał, nikt się nie zachwycał, nikt nie skomentował.
Przykład.
Aby daleko nie szukać.
Moja ulubiona Poetka: Emily Dickinson.
Za życia niemal całkowicie odizolowana od świata, (totalna introwertyczka), mieszkała sobie na poddaszu i pisała te swoje Cuda, wrzucając je do pudełek i chowając do biurka.
Chyba nikt z jej bliskich jej tak naprawdę nie znał, nie miał pojęcia czym żyje to dziewczę.
Dopiero po jej śmierci, jej siostra odkryła ten cały Skarbiec (prawie 2000 poematów, faktycznie zamkniętych w Szufladzie), i jej Wiersze wreszcie zostały opublikowane.
Dzisiaj znajduje się Ona na samym Szczycie Poezji Amerykańskiej, w absolutnej czołówce elity Sztuki Słowa.
Top of the Top.
I Świat wreszcie dostrzegł i docenił jej genialną umiejętność trafiania Frazą w Sedno.
Nie jest to odosobniony przypadek Kariery czyjegoś Talentu. Świat zna takie zdarzenia.
Co prawda, nie każdy musi mieć aż tak spektakularną historię, ale jednak: ludzie tworzą "Do Szuflady".
Mnóstwo "dzieł sztuki" (w fazie: „pozaczynane", "niedokończone", "zawieszone", "zapomniane"), powędrowało gdzieś na dno szafy, przywalone stertą innych podobnych "słomianych" prac (bo słomiany zapał).
Prace typu: wyszywanki, rozpoczęte rysunki, powypalane w desce rysy, pozaczynane w pudełku projekty..... itd.... ale zarzucone w kąt, niedokończone, niepokazane nikomu.
Mimo to, po części spełniły swoją rolę, bo sprawiały radość twórcy (Radość Tworzenia).
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Oczywiście, że Tak!
Możemy chyba ogólnie założyć, że każdy z nas ma jakieś tam swoje mocne strony (mam nadzieję, że nie jest to np. jedynie uroda, albo siła fizyczna (lol). Ale i niechby).
Być może są to jakieś cechy immanentne, albo zdolności, które posiadamy. Albo umiejętności, które sami nabyliśmy ciężką pracą (bo bardzo chcieliśmy).
A może są to jakieś walory, które ogólnie cenimy w innych (i wtedy też wzmacniamy te cechy w sobie jako te pożądane; może nad nimi pracujemy, może imponują nam ogólnie, jako stan warty osiągnięcia).
Gdy wychodzimy z tym do świata, mamy mętne oczekiwania, że świat może to dostrzeże i doceni (np.talent muzyczny, zdolności artystyczne, umiejętności organizacyjne, albo dryg taneczny. Albo zdolności do posługiwania się młotkiem i obcęgami, albo bystre oko fotografa, itd.) - Cokolwiek Tym czymś nie jest.
No chyba, że się z tym nie wychylamy i ciężko to w nas odkryć.
A może naszą mocną cechą jest orientacja w czasoprzestrzeni, albo szeroko pojęte "ogarnięcie" życiowe.
Czy zgodzicie się, że partner potrzebuje partnera?
Takiego na swoim poziomie? (mam na myśli: poziomie ciekawości, partnerowanie w rozmowie, niekoniecznie o tym samym poziomie wiedzy w jakiejś dziedzinie, bo wiadomo, że każdy może mieć innego konika).
Aaa, dobra, zejdźmy na ziemię. Weźmy przykład jeszcze bardziej realny. (Tutaj dochodzę:)
Rozmowa.
"Zwykła" wymiana myśli z ludźmi.
Kiedy macie satysfakcję z rozmowy? Gdy się wygadacie, gdy jesteście wysłuchani? Gdy jesteście zrozumiani?
A może odwrotnie - gdy możecie wysłuchać kogoś innego? Rozkminić coś ciekawego, przeanalizować coś cennego? Albo gdy coś wartościowego wpadnie wam przez ucho do serca? Coś w Was zmieni?
.
Mówi się, że Rozmowa to niby Wymiana Myśli.
No i ok.
Ale jeśli wymiana, to warto się zastanowić czasem nad wartością tej wymiany - i czy jest tu jakaś równowaga (bo niekiedy na takiej wymianie - jesteśmy jedynie stratni).
Ty ciągle dajesz - ktoś tylko bierze. Albo za coś intymnego, ważnego - daje w zamian jedynie badziewie.
Niekiedy słuchając rozmowy innych - łatwo to zauważyć, że jedna strona jest dawcą, a druga biorcą.
Ale tu też zależy - o co stronom rozmowy chodzi, bo "biorcą" może być ten, który jedynie pragnie słuchacza, a dawcą ten, który uważnie słucha.
Albo biorcą może być ten, który probuje jedynie wyciągnąć z nas jakieś prywatne niusy (o nas, o znajomych), a sam niewiele ciekawego do rozmowy wnosi.
Wiadomo - rozmowa i rozmowa.
Czasem gadamy o pogodzie, pracy i butach na zimę.
Ale czasami w rozmowie trafiamy w najgłębsze obszary Duszy: mroku, lęków, tęsknoty i bólu.
Niekiedy w rozmowie dopada nas głupawka i też wtedy warto mieć partnera na (swoim) "poziomie".
Sami wiecie kiedy rozmowa najbardziej was satysfakcjonuje, i jaki przyjaciel jest najlepszym Odbiorcą (!) oraz lustrem dla tematu.
Komu warto powierzyć coś cenniejszego, bo ktoś czuje temat, zna powagę życia i kuma kontekst.
Z kim można się odsłonić, z kim pośmiać, przy kim można być sobą, popłakać, zakląć jak szewc, albo przy kim można się rozsypać.
Czasami wyczuwamy to instynktownie:
„Z tym tematem to do nikogo.
Aa, może jedynie do X, ale on akurat daleko.”
Zauważyłam już nie od wczoraj, że coraz częściej Nie chce mi się gadać/ z mało kim chce mi się gadać/ coraz rzadziej chce mi się gadać.
Czasem jeszcze zanim zacznę, już wiem, że nie warto. Bo ktoś jest nieuważny, niezbyt wnikliwy, niezbyt głęboki, nie umiejący słuchać, nieciekawy. Pyta o coś płytkiego, nie słucha odpowiedzi, czeka tylko na moment, żeby samemu coś powiedzieć. Gdyby jeszcze coś interesującego, to jeszcze.
Relacje takie dla mnie są stratą czasu, są niewarte inwestowania, zwłaszcza niewarte powierzania komuś rzeczy czulszych, wrażliwych, czy bardziej szczerych.
Albo grubo, albo wcale :)
Najczęściej to instynkt samozachowawczy podpowiada nam, że nie warto rzucać pereł przed wieprze (pardon Wieprze).
Pewnie przyznacie podobnie - że takich osób jest jak na lekarstwo (Ludzie-lekarstwa, Ludzie- plasterki) ❤️.
I dzięki temu są tacy cenni.
Przykładając tutaj miarkę tematu, nad którym tutaj powyżej się zastanawiam - to można powiedzieć podobnie, że aby rozmowa stała się ważna (cenna, znacząca, istotna), potrzebujemy Odbiorcy, i sami musimy być Odbiorcami na wystarczającym poziomie.
Inaczej Nic sensownego się tu NIE ZADZIEJE.
I (jak to mawia poeta): "Szkoda Strzępić Ryja" :)
Trafnie unaoczni to przykład Rozmowy/Wywiadu słuchanego np.podczas Podcastu. (Lubicie słuchać wywiadów?)
Znacie takie podcasty, w których z wypiekami nadążamy za pytającym i jesteśmy ciekawi odpowiedzi Osoby pytanej?
Z jednej strony wiadomo KTO jest tu w centrum uwagi i dlaczego został zaproszony. Ale z drugiej -Pan Pytacz- też ma swoją rolę. Może być interesującym partnerem, który wnosi sporo jakości do tematu.
Niekiedy włączam rozmowę dla konkretnego ulubionego Gościa, ale przepytujący gospodarz tak mnie drażni (jest wścibski albo nietaktowny, albo zadaje prostackie wyświechtane pytania, albo zawłaszcza przestrzeń),
że nie wyrabiam i wyłączam w trakcie.
Rozmowa to jednak umiejętność równowagi.
Bo są też Dziennikarze, którzy genialnie nawigują przebiegiem rozmowy, prowadzą ją z klasą, taktem i oczytaniem. Nie strzelają w gościa pytaniami z dubeltówki, ale są czujni i reaktywni. Sami też potrafią podzielić się jakimś wspomnieniem, skojarzeniem, adekwatną myślą.
Rozmówca czuje się przy nich bezpiecznie, jest zachęcony do otwarcia się, lub pogłębienia ciekawej kwestii.
Po takiej rozmowie sami jesteśmy zainspirowani i mamy wiele własnych przemyśleń.
"I dlatego lubię mówić z Tobą."
A tak ogóle to jak?
Kiedy zaczyna się Sztuka? Taka przez Duże S?
Ktoś wie? Umie zdefiniować?
(Dzisiaj, gdy Za dzieło (tejże) może uchodzić przyklejony do ściany banan?)
Bo w tym ogólniejszym znaczeniu, można by retorycznie zapytać czy jakikolwiek twórca robi coś dla świata, czy jedynie dla siebie.
(A może odwrotnie- robi coś jedynie "dla świata"- w sensie: bez przekonania, bez przekazu, bez sensu, jedynie dla wywołania szoku, wrażenia, sławy i pieniędzy ("Ta piosenka jest pisana dla pieniędzy!" Ciechowski))
Aa może można zastosować tutaj tę miarkę, którą jest Wzruszenie? (ubogacenie, zadrganie serca, migotanie przedsionków)?
Ja nie wiem, ja się zastanawiam.
Bo może dla każdego (tym czymś) może być coś innego. Choćby i emocje wywołane meczem. (Widzicie? Nikogo nie wykluczam, mam otwarty umysł, heh).
Jakkolwiek.
Aby do tych emocji doszło - potrzebny jest odbiór.
Serce, które odbija niczym lustro.
Zatem potrzebny jest: ODBIORCA.
........
PS.1
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
A może i tu jest błąd logiczny, bo może wystarczy emocja twórcy i jego wzruszenie w akcie?
Aaa, cholera wie.
Co myślicie? Myślicie coś? Piszcie!
Co Wam po myślach sekretnych, gdy nie ma komu ich powierzyć? A byle komu nie warto?
Umierają w nas jak niewyklute pisklęta.
(piękne, wzruszające porównanie , masz tego więcej? lol)
PS.2
Z ciekawości:
Jakie podcasty (kanały YT) lubicie ze względu na interesującego prowadzącego (który nie tylko ciśnie i potakuje, ale też coś wnosi?)
I dzięki niemu ta rozmowa/wywiad wibruje, rezonuje, bo to też prowadzący przydaje jej kolorów? Bo jest kompetentny, oczytany i dodaje treści?
PS.3
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy?
Czy sztuka potrzebuje odbiorcy, to definitywnej odpowiedzi na to pytanie udzieli niekwestionowany ekspert:
czyli DZIECKO.
Każdy z nas nim ponoć był.
Zatem.
Gdy cokolwiek sensownego (w naszej dziecięcej ocenie) zrobiliśmy ówcześnie (np.fikołki na trzepaku), to pierwszą niekłamaną reakcją (odruchem bezwarunkowym:) było poszukiwanie podziwu u mamy (albo chociaż jej uwagi, zrozumienia, zauważenia).
"Mamo, patrzysz? Widziałaś? Patrzyłaś?" (Oh God, kobieto odłóż ten telefon i popatrz!)
(filmik poniżej, dla zobrazowania tematu).
https://www.instagram.com/p/DLE7QMGMMx3/
No to tak, chyba mamy już tutaj definitywną odpowiedź.
PS.4
A patrzcie na to! (Podczas pisania tego tekstu, dostaję wspaniałą ilustrację do tego tematu od mojej ulubionej kuzynki, dzięki M!)
Piękny obrazek, wspaniała pasja, radość tworzenia. Tworzenia pt: "Bo Tak". Dla siebie i na przekór.
I czy są chętni, czy ich nie ma (są).
Wykorzystując każdą chwile dla swojej pasji, i ciesząc się nawet Dźwiękami, jakie ta praca wydaje 💚.
No kocham!
(i jeszcze to drzemiące na kolanach Psie Zaufanie.
No wiele tam smaczków. Zapraszam uprzejmie)
FOTKI:
Cyniczny Romantyzm
Pixabay
Moje :)
.....