Moja podróż po islandzkiej drodze nr 1 - Þjóðvegur 1 - odbyła się w maju. Mineło już sporo czasu i najwyższa pora zakończyć tę serię! W ciągu tego lata odwiedziłem jeszcze całkiem sporo zakątków Islandii, które również czekają na opisanie. Wróćmy jednak do "jedynki"...
Skończyłem ostatnio na Akureyri, "stolicy północy", którą opuszczaliśmy wraz z Chrisem - Amerykaniem, który kilka dni wcześniej zabrał mnie ze sobą na południu Islandii i z którym to właściwie, jak wyszło, zwiedzałem główne atrakcje wyspy. Przy wylotówce z miasta stała dziewczyna z wystawionym kciukiem. Chris pyta mnie:
– Zabieramy ją?
– No jasne!
Przysiadła się Rosjanka. To dość ekscytujące być po tej "drugiej stronie" autostopu, gdzie decydujesz o tym czy się zatrzymać, nie masz pojęcia kim będzie ta osoba, jakie historie ze sobą niesie, skąd pochodzi, co jest dla niej ważne. Co prawda technicznie nadal sam byłem u Chrisa autostopowiczem, ale na tym etapie już przestałem to tak odczuwać. Jako, że znam podstawy rosyjskiego, byłem tłumaczem, gdyż nasza towarzyszka słabo mówiła po angielsku - sprawiało to dużo frajdy i satysfakcji będac takim łącznikiem, było też nie lada gimnastyką dla mózgu, który musiał lawirotwać między trzema językami (bo polski przecież też gdzieś się tam wkradał w tok myślenia).
Północna część Þjóðvegur 1 za Akureyri nie oferuje wiele miejsc z infrastrukturą do zatrzymania się i zwiedzania, jednak widoki w czasie jazdy są równie, jeśli nie bardziej, zniewalające niż na wschodzie i południu. Przestrzenie są jeszcze większe, a krajobraz wciąż nie przestaje zaskakiwać i zmiania się co kilkadziesiąt kilometrów. Jadąc przez bajecznego przestwór oceanu natrafiamy na ogromne pole z kilkudziesięcioma, jeżeli nie setkoma islandzkimi końmi!
Odbiliśmy na półwysep Vatnsnes niedługo przed miejscem, gdzie droga zaczyna skręcać na południe, wkraczając w zachodnią część Islandii.
Jadąc żółwim tempem po szutrowej trasie zatrzymaliśmy się przy Borgarvirki. Są to ruiny bazaltowej twierdzy powstałej tutaj mniej więcej w czasie chrztu Polski. Nikt nie wie dlaczego i kto wybudował tutaj tę cytadelę. Same w sobie ruiny nie robią wielkiego wrażenia, chociaż mając świadomość że są tysiącletnie perspektywa się trochę zmienia ( choć były one częściowo odrestaurowane w XX wieku). Ich położenie jednak rekompensuje wszystko, gdyż cytadelę wybudowano na wzgórzu. Po wspięciu się na mury rozpościera się wokół nas ogromna panorama. Oprócz gór i morza widzimy ze szczytu także słusznych rozmiarów jezioro.
Podążąjąc dalej szutrową drogą docieramy do właściwego powodu odbicia od głównej drogi, a jest nim Hvítserkur. To 15 metrowa samotna skała wyrastająca z typowej dla Islandii czarnej plaży. Legendy podają, że był to troll, któremu nie spodobały się bijące dzwony chrześcijańskiego kościoła wybrzmiewające na wyspie i który został złapany przez światło słoneczne, przez co zamienił się w kamień!
Kontemplacja kształtów kamiennego trolla była właściwie ostatnią rzeczą, którą widzieliśmy przed powrotem do stolicy. Chris musiał już pędzić na samolot, a po drodze aż na same południe nie było zbyt wiele rzeczy do oglądania (sic!). A przynajmniej nie bez odbijania na półwyep Snæfellsnes albo fjordy zachodnie, o których jeszcze przeczytacie ;)
Ostatnie kilka godzin mineło nam na raczej cichej, kontemplacynej jeździe, która akurat w moim przypadku przechodziła niekiedy w drzemki. Im bliżej Reykjavíku tym bardziej psuła się pogoda. Deszczowe południe, do którego się przyzwyczaiłem dało o sobie znać dość szybko. Zasypialem otoczony pięknymi, słonecznymi i przejrzystymi widokami północy, by obudzić się w mrocznej, ciemnej części Islandii.
Chris podrzucił Rosjankę na dworzec autobusowy, a mnie pod sam dom. Następnego dnia spotkaliśmy się jeszcze na chwilę tuż przed jego wyjazdem na lotnisko i odwiedziliśmy miejski pchli targ - a nuż trafiłby się sweter z wełny z islandzkich owiec w ludzkiej cenie! Nic z tego! Podziękowałem Chrisowi za tych kilka wspólnych spędzonych dni. Wybierając się w podróż po Islandii zapewne nie planował spędzać wakacji z... innym facetem :D Złapaliśmy jednak na tyle dobry kontakt, że mamy go do dzisiaj, dzieląc się komentarzami ze świata polityki czy drobinkami newsów o nadchodzacym albumie Toola... To była naprawdę owocna podróż.