W świadomości przeciętnego mieszkańca świata zachodniego Islandia jawi się jako lodowata kraina, wiecznie pokryta śniegiem, po której biegają misie polarne, a wódka zamarza na powietrzu. Tymczasem zimy na Islandii są zdecydowanie łagodniejsze od tych polskich!
Przynajmniej pod względem temperatury. Wszechobecny wiatr i wilgoć obniża temperaturę odczuwalną, nie zmienia to jednak faktu, że zwykle oscyluje ona między -5 a 0 stopni. Nie jest więc tak źle. Północ kraju odczuwa znacznie więcej intensywnych opadów śniegu, na tyle, że niekiedy po otworzeniu drzwi od domu widać jedynie śnieg. Tak więc półgodzinne spóźnienie do pracy jest tam normą, bo każdy jakoś musi wyżłobić sobie wyjście ze swej nory. Ale za to w zamian mają znacznie przyjemniejsze i słoneczne lato.
Zebrałem kilka zdjęć pokazujących Islandię od tej białej strony. Zdjęcia pochodzą z różnych miejsc, przede wszystkim Snæfellsnes, zachód i południe wyspy, a także z wycieczki na lodowiec Langjökull i w głąb jaskini lodowej, która się w nim znajduje!
Lodowce są fascynujące i chciałbym kiedyś ponownie się na jakimś znaleźć. To właściwie dosłownie lodowe pustynie, w których głębi toczą się nieustanne ruchy i tańce wody i różnych stadiów kompresji lodu oraz śniegu. Wiatr, nie mając niczego, co by go powstrzymywało, hula na lodowcu znacznie szybciej, jest tam także wyraźnie zimniej. Jadąc w grubym kombinezonie i rękawiczkach nadal czuć chłód. Całkiem przyjemniej i o wiele cieplej jest w jaskini lodowej na Langjökull, jedynej tego typu jaskini lodowej na świecie, która została sztucznie wydrążona przez człowieka.
Ponad 30 metrów w głąb lodowca prowadzi tunel, który następnie rozwidla się na kilka pomniejszych. Łącznie kilkaset metrów spaceru pod lodem. W środku wydrążono także kilka pomieszczeń, w tym kaplicę (tak, można tam wziąć ślub!). Z roku na rok wnętrze tuneli trochę się zmienia i przesuwa o kilkanaście centymetrów, także jest on pod ciągłą obserwacją naukowców.
Na koniec dwa, już nie zimowe bonusy. Na ostatniej, pożegnanej wycieczce w góry, po kilku godzinach samotnego trekkingu spotkałem renifery! Odpoczywające stado, gdy tylko mnie zobaczyło, podniosło się i ruszyło w siną dal. Widok był mangetyzujący.
A wracając przez Akureyri nie omieszkałem nie spróbować islandzkich hot-dogów. W centrum Akureyri jest budka, która robi je w naprawdę szalonych wersjach. Jedna z nich zawierała bekon i fasolkę po bretońsku (inny miał do tego jajko ekstra, także English breakfast pełną gębą!)