ACTA2, EPICA, dyrektywa w sprawie praw autorskich na jednolitym rynku cyfrowym – jak zwał, tak zwał. Rzadko kiedy się zdarza, by tak kontrowersyjny temat, który w dodatku może zmienić wygląd całego Internetu, przechodził bez większego zainteresowania. Jednakże tak było w tym przypadku. Nie jest to wina internautów samych w sobie, w końcu media społecznościowe i różne blogi były zapchane petycjami oraz nawoływaniami do reakcji. Problem leży gdzieś głębiej. A konkretnie – w lenistwie. Bo przecież, zgodnie z popularnym memem, na pewno znajdą się osoby, które nas we wszystkim wyręczą. Niech ktoś…
Szkoda jednak marnować czas na powtarzanie tego, co zostało już napisane w wielu innych miejscach. Dyrektywa została przyjęta, ludzie się oburzają, a cały cyrk jedzie dalej. I dopóki nie zbierze się odpowiednio duża grupa ludzi z widłami, to nic się w tym temacie nie zmieni. Dlatego warto przyjrzeć się niektórym konsekwencjom, jakie całość ze sobą niesie.
Problem małych twórców
Gry niezależne mają to do siebie, że powstaje ich ogromna kupa. Użyłem tego słowa nie bez powodu – jakościowo sporo z tych gier nie odstaje od zwykłego kału. Wystarczy zrobić sobie małą wycieczkę po sklepie Steama, by zauważyć, że 9 na 10 gier niezależnych zostało skleconych na szybko z ogólnodostępnych (i często darmowych) zasobów, a pod względem mechaniki czy fabuły te produkty są ubogą kopią bardziej znanych projektów. Zdarzają się jednak perełki, gry odstające od reszty i często wskazujące nowe kierunki rozwoju przemysłu gier komputerowych. I tutaj zaczynają się schody.
Podstawą wyłowienia perełek z tego szamba jest promocja produktu. Można wykorzystać do tego reklamy w sieci, można poszukać jakiegoś wydawcy do współpracy, można też wciskać losowym ludziom kody do gry, byleby tylko ktoś się nią zainteresował. A można też zaufać ludziom i pozwolić im, by wszystko rozeszło się pocztą pantoflową. Wystarczy dać o sobie znać na jakimś forum lub innym Reddicie. Jeżeli produkt ma potencjał, to nie przejdzie niezauważony. A przynajmniej tak jest przed wprowadzeniem w życie ACTA2.
Gdy ludzie nie będą mogli dzielić się twórczością innych, oczywiście niekomercyjnie, to zasięgi internetowej poczty pantoflowej zostaną przytłaczająco zmniejszone. Małe fora i portale znikną, ponieważ nie będzie stać ich twórców na licencje oraz zabezpieczenia przed potencjalną „złą” treścią postów i komentarzy. Nikt nie będzie ryzykował kar za przepuszczenie materiałów o niepewnym pochodzeniu. Oczywiście molochy zostaną na swoim miejscu, ale korzystanie z ich usług stanie się bardziej restrykcyjne. Ostatecznie perełka wśród gier niezależnych znajdzie swoją niszę, jednakże szansa na przedostanie się do świadomości większej ilości graczy będzie poza jej zasięgiem.
Patrząc pozytywnie
Widząc tyle zła, ile robi ta dyrektywa, łatwo przeoczyć jej potencjalne dobre strony. Ograniczenie przepływu informacji w sieci może skutkować mniejszą ilością szamba, które się tam znajduje. Gdy nie będzie już tak łatwo stworzyć pierwszego lepszego gniota, do celu dotrą tylko najbardziej wytrwali i mający na siebie pomysł twórcy. Promocja może nie być wtedy aż tak potrzebna, bo sklep Steam (a także każde inne miejsce z grami) nie będzie zalewany tonami kopii, dzięki czemu będzie o wiele bardziej przystępny. Koniec spamu to koniec potrzeby wyławiania perełek. One domyślnie będą na wyciągnięcie ręki.
Gorzej, że wtedy część z nich nigdy nie zostanie stworzona…