Dziesięć ulubionych płyt z 2002 roku. Pięć metalowych i pięć niemetalowych, czyli wyszło parytetowo.
Agalloch – The Mantle
Ci Amerykanie to w zasadzie zespół jednej płyty, ale za to jakiej! „The Mantle” jest w teorii płytą metalową, ale w praktyce łączy w sobie cztery estetyki: melodyjny, transowy black metal, neofolk w stylu Death In June, postrock oraz americanę (zwaną również gothic country). Najmniej jest tutaj metalu, a na prowadzenie wysuwają się potoczyste akordy akustycznych gitar. Niemetalowy jest również śpiew (pomijam sporadyczne wrzaski), pasujący bardziej do folkowych ballad niż ciężkich brzmień.
Tori Amos – Scarlet’s Walk
Tę wokalistkę polubiłem jakieś dziesięć lat temu. I chociaż każda jej płyta podoba mi się mniej lub bardziej, to właśnie „Scarlet’s Walk” jest tym albumem, który moim zdaniem jest najbardziej dla niej reprezentatywny. Tori Amos jest zjawiskiem bez precedensu, porównywana nieraz do Kate Bush, dla mnie osobiście jest lepszą wokalistką, nagrywającą ciekawsze płyty. Tutaj można się naocznie o tym fakcie przekonać.
Tomasz Budzyński – Taniec szkieletów
Chociaż Budzyński jest członkiem tajemniczej i ezoterycznej wspólnoty religijnej, chociaż mówią, że w kontakcie z innymi ludźmi bywa bufonem, nagrywa świetną muzykę i to należy mu oddać. Nie tylko z Armią, ale również solo. „Taniec szkieletów” to płyta baśniowa, nagrana z towarzyszeniem akustycznych instrumentów, niby folkowa, ale nie do końca. Co na niej przykuwa uwagę, to przede wszystkim mistyczny, nieco apokaliptyczny nastrój, niczym z wierszy Józefa Czechowicza.
The Church – After Everything Now This
Dawno w moim podsumowaniu nie było tych Australijczyków. Ten album formacji mało już przypomina wczesne jej dokonania. Zespół zmienił swoją muzykę – nową falę zastąpiły ciepłe brzmienia klawiszy, a nad wszystkim unosi się melancholijny nastrój, niczym z „Disintegration” The Cure. Dźwięki płyną powoli, nigdzie się nie spiesząc, są łagodne, ale nie przekraczają granicy, poza którą zaczyna się poezja śpiewana. Bardzo dojrzały i wysmakowany album.
Doomsword – Resound the Horn
Odyn, Walhalla i Wikingowie. Gdzie najlepiej grać muzykę poświęconą tym motywom? Pewnie, że w słonecznej Italii, a to niezmordowanie czynią chłopacy z Doomsword. Ich muzyka to wypadkowa Bathory, Manowar i Candlemass, czyli epicki heavy/doom metal, który aż poraża wojowniczą atmosferą. Nalejcie sobie miodu do szklanicy, otwórzcie komiks o Conanie Barbarzyńcy i włączcie na całą pydę „Resound the Horn”, to poczujecie, o co w tej muzyce chodzi.
Lech Janerka – Fiu, fiu
Żałuję, że od tej płyty Lech Janerka wydał tylko jeden album – słabe „Plagiaty”. Dwa lata temu pojawiły się jakieś widoki na długo oczekiwane wydawnictwo, ale chyba z tej mąki nic już nie będzie – artysta stwierdził, że nie napisał jeszcze tekstów. Na szczęście i na otarcie łez możemy posłuchać „Fiu, fiu” – albumu, który stawia Janerkę na niezagrożonej pozycji w świecie alternatywnego rocka. Płyta jest świetnie wyprodukowana i zaaranżowana, a do tego posiada coś, czego brakuje dziś tym wszystkim smarkaczom hołubionym przez „Gazetę Magnetofonową” – dojrzałość i wyraz.
Paradise Lost – Symbol of Life
Lubię gotyckie wcielenie Paradise Lost, a „Symbol of Life” gwarantuje kilkadziesiąt minut przygody z elektronicznie zabarwionym graniem spod znaku The Sisters of Mercy. Jednak w odróżnieniu od smutnych „Eldritchów” z Niemiec, panowie grają z ikrą i mają dobre piosenki. I doskonale interpretują twórczość innych artystów, dlatego polecam szczególnie limitowaną wersję z przeróbkami kawałków Dead Can Dance i Bronski Beat.
Rage – Unity
To ostatni udany album tych Niemców – potem było już tylko gorzej. Dzisiaj podobno jest lepiej, ale coś mnie nie ciągnie, aby weryfikować swoje zdanie na temat tego zespołu. Na „Unity” gra już gitarzysta, który muzykę Rage ściągnął na dno – Victor Smolski, ale jego popisy solowe i pitolenie są jeszcze dość mocno ograniczane przez zespół. Ten gra tutaj przebojowo i ciężko, nie zapominając, że w heavy metalu nie chodzi o pseudo-wirtuozerię, a o masaż uszu za pomocą kowadła.
Tad Morose – Matters of the Dark
Znowu spotykamy się z tym szwedzkim zespołem grającym w amerykański sposób. I to nie jest ostatnie spotkanie. Powtórzę się więc – brak tutaj zupełnie europejskiego spojrzenia na heavy metal w stylu Helloween. A ja Helloween nie lubię – tym bardziej ich naśladowców. Jest za to ciężar, dobrze rozumiana epickość, dobra atmosfera, nieco Black Sabbath z Tony’m Martinem – czyli wszystko, za co lubię heavy metal.
Warlord – Rising Out of the Ashes
Zespół ten, będąc jednym z ważniejszych wykonawców epickiego heavy metalu, nie tylko w USA, lecz na świecie, fanów nie rozpieszcza, czego dowodem jest drugi jego album, wydany kilkanaście lat po debiucie. I jest to album i kapela jedyna w swoim rodzaju. Nie gra przesadnie ciężko, raczej kreuje specyficzny nastrój, który trudno porównać do czegokolwiek. Nie jest to ani napakowany Manowar, ani surowa Manilla Road, ani w końcu galopujący do przodu Omen. To granie raczej zwiewne, z dużą ilością powietrza. A na albumie tym zaśpiewał znany z Hammerfall Joachim Cans. I jako suplement smutna wiadomość: w tym roku zmarł lider zespołu - William J. Tsamis. Odszedł 13 maja, co nadaje tej śmierci symboliczny wymiar.