Za oknem mróz, śnieg, wszyscy ubrani w ciepłe kurtki, a my, by ocieplić troszkę klimat, po raz kolejny zabierzemy Was do słonecznej Ameryki Środkowej. Pomimo, że nas już tam nie ma, to wciąż mamy wiele do opowiedzenia 😊 Przenieśmy się do Panamy, a dokładnie do sennego miasteczka o nazwie Anton…
Po przekroczeniu pieszej granicy między Kostaryką a Panamą, wypełnieniu wszystkich druczków i sprawdzeniu dokumentów, nie mieliśmy wyjścia i musieliśmy wsiąść do minibusa prowadzonego przez panamskiego Juan Pablo (czyt. Janusza Złotówę), który za 20 kilometrową trasę do następnego miasta liczył sobie aż 10 zielonych. Z góry prostujemy: tak, dolary w Panamie są oficjalnym środkiem płatniczym. Kiedyś mieli swoją walutę, jednak w użytku pozostały tylko trzy monety: 1, 0.5 oraz 0.25 (ROCKY, he he) Balboa, których wartość jest równa 1:1 do dolara amerykańskiego.
Jedynym powodem dla którego zdecydowaliśmy się na tę podróż, była chęć ponownego spotkania z naszymi znajomymi z Niemiec, których poznaliśmy podczas kwietniowego pobytu na farmie w Kostaryce. Jak się okazało, ich następnym przystankiem był hostel, do którego właśnie zmierzaliśmy. Dlatego czas miał tutaj znaczenie. Na szczęście, udało się nam wszystko zgrać ze sobą i przed 20 byliśmy już w najnudniejszym mieście świata, czyli Antonie, gdzie znajdował się nasz nowy workaway. Warto było się spieszyć, by ponownie spotkać znajome twarze, zagrać w planszówkę i wypić wspólnie drinka.
Następnego dnia Franzi i Remo pokazali nam okolicę, czyli dwa supermarkety i mały plac przed kościołem oraz na czym będzie polegać nasza praca w hostelu. Daniel miał za zadanie skręcać łóżka piętrowe oraz półki ze starych palet i desek, a Monia pomagała jak mogła, zajmowała się kwiatkami i małymi pracami domowymi.
Dwa dni później zaprzyjaźnieni Niemcy spakowali się i pojechali w stronę Panama City, a my zostaliśmy, w sumie nie wiedząc po co, przez 10 dni. Aż wstyd się przyznać, że praktycznie każdego dnia wstawaliśmy o 12. Winę bezapelacyjnie zrzucamy na nasz pokój w którym ciągle panował mrok. Brak okna i idący z tym brak promieni słonecznych powodował dezorientację w czasie i przestrzeni.
Trochę pracowaliśmy, a większość czasu spędzaliśmy na nic-nie-robieniu i umieraliśmy z nudów. Postanowiliśmy w końcu przerwać tę monotonię i zebraliśmy się pozwiedzać okolicę. Pierwszą sposobnością by „zasmakować” panamskiego życia była wizyta w Penonome, gdzie trafiliśmy na kolorowy pochód małych i tych już mniej młodych panamczyków przyodzianych w regionalne stroje. Niestety, nie jesteśmy w stanie sobie przypomnieć czego konkretnie dotyczył ten przemarsz, ale pamiętamy, że było tam kilka „sekcji” m.in. śpiewające starsze panie, różne szkoły tańca, człowiek-skorpion oraz miss piękności zachwalająca najlepsze pomarańcze w regionie.
Poniżej krótka fotorelacja:
Wybraliśmy się także na trekking do miasteczka, które zostało zbudowane w kraterze wygasłego wulkanu, czyli El Valle de Anton – (pl. Dolina Antonu).
Bez problemu dojechaliśmy tam dwoma autobusami i po zaopatrzeniu się w suchy prowiant ruszyliśmy na szlak.
Na samym początku zatrzymaliśmy się przy Piedra Pintada (pl. Pomalowany Kamień). Jest to największy kamień, który odnaleziono w El Valle de Anton. Pokryty jest petroglifami, a archeolodzy twierdzą, że mogą mieć one nawet 8000 lat. Więcej można poczytać o nim tutaj
Po zrobieniu kilku zdjęć przy tej największej atrakcji turystycznej regionu, podążyliśmy szlakiem na szczyt góry zwanej La India Dormida (pl. Śpiąca Indianka), która swą nazwę wzięła od kształtu jakie tworzą góry widziane z boku. Jeśli się przyjrzymy, to rzeczywiście przypomina ona głowę Indianki.
Po zdobyciu szczytu postanowiliśmy trochę zboczyć ze szlaku i udać się w nieznane. Zeszliśmy leśną ścieżką w dół, po to by za kilka kilometrów znów znaleźć się na asfaltowej drodze, która pięła się pionowo do góry. Po dłuższej chwili, naprzeciw naszych wyczerpanych, zziajanych i spoconych ciał pojawił się wyczekiwany wybawiciel. Małe colectivo, czyli minibus zbierający ludzi z okolicznych wiosek, za parę centów podrzucił nas pod szlak, którym już spokojnie pomaszerowaliśmy w dół, by zdążyć na autobus jadący w stronę naszego sennego Antonu.
Przypominamy, że Panama to nie tylko kanał, Panama City oraz najnudniejsze miasto świata, ale również piękne tereny górskie, dżungla oraz (jeszcze) nieodkryte miejsca.
O tym wszystkim opowiemy w kolejnych wpisach!
Do usłyszenia,
Suchy i Moniś
PS. Poniżej killka gratisów: