No i po hipomanii jest zawsze jedno: depresja. Im silniejsza hipomania / mania tym silniejsze jest przyjebanie ryjem w ziemię jak się ona skończy. I zajebałam ryjem w ziemię. Strasznie. Chyba jak nigdy w życiu. Stan depresyjny sam w sobie jest ciężki, ale jak się w niego spada z takiego totalnego haju to ja pierdolę.. Coś jakby w trakcie orgazmu ktoś zaczął Cię skalpować i jednocześnie posypywać solą. Serio. No więc sobie wpadłam w tę depresję, ale come on, co to dla mnie. Tylko, że zanim zdążyłam zareagować, a w sumie zanim w ogóle zechciałam zareagować to zmarł mój ukochany ziomek. I świat mi się rozsypał jak nigdy.
Znam to uczucie. Nie cierpię go. Latam wtedy jak osa i szukam osoby, którą chcę użądlić. Od 1.5 roku osiągam coraz lepsze skutki - coraz skuteczniej potrafię się wyciszyć i przetrwać ten gorszy okres. Najgorsze jest to, że nic na to nie pomaga. Nawet pełna czułość i miłość od kogoś, kogo kochasz.
Nie mam dobrych relacji z moją rodziną i nawet nie chcę mieć, ale babcię i dziadka kocham jak nikogo innego i są dla mnie najważniejsi.
Mogę Cię tylko przytulić, bo wiem jak się z tym czujesz.
Hive czeka na Ciebie. Ja czekam, lubię czytać Twoje wpisy, bo mało kto jest tak szczery i konsekwentny, również w szczerości, jak Ty, czy ja. A lubię ludzi mówiących do bólu.
RE: Dziennik #22/2026 - spadam