Jestem posiadaczem rzadko używanej misy tybetańskiej, co można słusznie uznać za profanację z mojej strony. Kupiona w Nepalu w charakterze pamiątki, niedoceniona jako wspaniałe narzędzie, porzucone niczym wieszak na klucze w przedpokoju, lub mało atrakcyjny dzbanek którego szkoda wyrzucić.
Przyznaję, że było to zachowanie karygodne, podobnie jak Ferdynanda, który niejako w turystycznym obowiązku kupił sobie ciupagę na Krupówkach, a jej funkcją jest ozdoba badziwiatego przedpokoju i ewentualnie rekwizyt, który właściwie ułożony w dłoni służy do odstraszania nieuprzejmych gości.
Ostatnio jednak doszło do przeprosin z mojej strony i sporadycznego używania misy. I choć moja wiedza na temat mis jest powierzchowna, zdaję sobie sprawę, że ich stosowanie ma dobroczynne skutki nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich mieszkańców w mojej przestrzeni, łącznie z sąsiadami. Zaznaczam, że pewne pozytywne symptomy mogą być kwestią przypadku lub mojej sugestii. Nie mniej jest to ciekawa sprawa.
Dodam jeszcze, że oryginalny, przenikliwy dźwięk z misy nie ma nic wspólnego z tym z Youtube.
Pozbywszy się przed kilku laty telewizora (z wiadomych powodów) kontaktuję się ze światem zewnętrznym przez internet. Właśnie dzięki temu trafiłem na ciekawy materiał, który nigdy nie miałaby szans na emisję w ogłupiającej, indoktrynowanej nas powszechnie telewizorni.
Ale po kolei. Aby mój przekaz był choć trochę skuteczny, potrzebuję zyskać miligram wiarygodności w oczach potencjalnego czytelnika, który słusznie ma prawo mnie postrzegać za szurniętego. W tym celu proszę o wczytanie poniższego linka i wysłuchanie w skupieniu prelekcji. Odstępstwo od tej rady sprawi, że zbytecznie sobie dziś wytarłem i tak już zanikające linie papilarne.
Już? Na pewno?
Kto czytał moje wcześniejsze wpisy wie jaką wagę przywiązuję do świata wibracji i ich oddziaływania na nasze życie osobiste. Chciałem wcześniej rozwijać ten temat, ale widząc bliskie zeru zainteresowanie tematem (w odróżnieniu od przepisów na ciasteczka) dałem sobie spokój. Obecnie w obliczu powszechnej paniki i jak to się mówi – “jak trwoga to do boga”, mam szansę przebić się do świadomości zdesperowanych, będących często na skraju depresji poszukiwaczy brzytwy.
Jako stary wiekowo i stażem praktyk (w zakresie energii subtelnych, uzdrawiania, medytacji i takich tam), dysponując osobistymi doświadczeniami, podaję ten patyk chętnym do ratowania jak fizycznego tak i psychicznego zdrowia.
Chociaż sama intonacja mantry niewątpliwie wprowadza podśpiewującego w stan podwyższonej wibracji, to z całą pewnością można ją zastąpić recytowaniem pod nosem. Zasada jest taka, że mantrę sami słyszymy, ale już nie osoba w pobliżu. Daje nam to możliwość jej dyskretnego mamrotania na ulicy, w tramwaju, w kościele (to chyba nie najlepszy pomysł, chyba że jesteśmy tam wbrew własnej woli).
Moim skromnym zdaniem, niezależnie od recytowania lub nie mantry, samo przebywanie w środowisku (np.mieszkaniu) wypełnionym wibracją ma również pozytywny skutek. Co prawda nie taki jak przy recytacji czy intonacji, ale zawsze. Więc jeśli ktoś nie ma alergii na tego rodzaju muzykę, sugeruję się nią otaczać tak aby sprawiała przyjemność. Jako eksperyment sugeruję jej towarzystwo podczas pisania postu – można wtedy liczyć na pomocną inspirację z “góry”.
W tej akurat mantrze słowo “wadżra” zastąpione jest wyrazem “bendza”, co nie ma większego znaczenia. Jedno z nich jest pochodzenia tybetańskiego, a drugie zaś ma swoje źródło w sanskrycie (osobiście nie mam wiedzy które jest które).
Mantry możemy recytować lub śpiewać kolektywnie, np. w grupie przyjaciół, w rodzinie razem z dziećmi, ale zdecydowanie nie w kościele. Skutek zbiorowej recytacji jest proporcjonalny do ilości aktywnych uczestników.
Niezależnie od powyższego uważam, że nawet jeśli nie mamy jakichś konkretnych intencji, to podobne nagrania mają działanie relaksacyjne i stresobójcze.
Namawiam do eksperymentowania.