Zaraz po otwarciu drzwi samochodu do nozdrzy dochodzi przenikliwy zapach. Coś jak nie czyszczona od dwóch tygodni kocia kuweta. Po chwilowym szoku zmysłów, do uszu dobiegają pierwsze dźwięki, przypominające odgłosy tysięcy kóz.
Nie kozy są jednak autorami tych pieśni i okrzyków. To kotiki afrykańskie, blisko spokrewnione z uchatkami. W kolonii, która odwiedziłem nad Atlantykiem w Namibii, żyje ich kilkanaście tysięcy. Tu się rodzą, wychowują, żywią rybami, wypoczywają na skalistym wybrzeżu, rozmnażają i umierają.
Do unoszącego się smrodu po kilkunastu minutach można się przyzwyczaić. Pośród karmiących matek, dużych samców chowających się w niewielkim cieniu i walczących o teren młodych kotików, leżą truchła tych, którzy nie dali rady przeżyć. Tu prawa natury widać jak na dłoni.
Nieopodal w wodzie ogromne stado szuka ryb. Setki kotików nurkują w burzliwych zimnych falach oceanu. Ci, którzy już się najedli, trawią w cieniu pod pomostem, który wybudowano dla turystów.
Są przyjazne i nie boją się ludzi. Można je nawet pogłaskać, o czym miałem się okazję przekonać dzień wcześniej, podczas rejsu katamaranem. Kilka sztuk kotików wskoczyło na pokład łodzi i domagało się świeżych ryb - dając okazję do przyglądania się im z bliska.
Peace and love 
Zdjęcia własne