Życie wegetarianina usłane jest różami... to znaczy sałatą. Radośnie przeskakuje on z liścia na liść, a pod jego stopami wyrastają, niczym kwiaty lotosu, marchewki. Żyje otoczony świeżymi warzywami, owocami, najszczęśliwszymi jajami i serami, o najprzedniejszej woni starych skarpet. Każda z jadłodajni ma w menu cały dział dla wegetarian, a półki w marketach uginają się pod niskoprzetworzonymi, zdrowymi produktami. Życie, jak w bajce.
Bajki jednak mają to do siebie, że prawda w nich jest, co najwyżej… częściowa. Na przykład takie smoki, albo dziewice... Zapraszam na pięć chwil z życia Leniwca.
Chwila pierwsza: To co ty właściwie jesz?
Pytanie o to dlaczego nie jem mięsa pojawia się średnio raz na miesiąc. W sumie nie często i na szczęście coraz rzadziej, chociaż ciągle wieść o diecie jest dla wielu powodem do znaczącej miny. Ot, kolejny wariat. Teraz policzymy, tak bardzo szacunkowo: przez 27 lat ponad 300 osobom musiałem odpowiadać niemal to samo.
A gdyby tak odwrócić sytuację? Bo przecież tak naprawdę to mięsożercy powinni się wytłumaczyć: Dlaczego, pomimo aspektów zdrowotnych, obozu zagłady zwierząt, całego szumu ostatnich lat wokół cierpienia i możliwych alternatyw, wy cały czas jecie mięso? Bo wam smakuje? To dosyć hedonistyczny argument. I jeszcze zdziwienie: Nie jesz mięsa? To co ty jesz… Rany, ogarnijcie się… polecam #pl-wege ;)
W pewnym momencie, znudzony ciągłym odpowiadaniem na to samo pytanie, wymyśliłem historyjkę, że jestem karmicznym wcieleniem białego tygrysa i kiedyś posmakowałem ludziny. Całkiem smacznego mięsa pewnej niewiasty, które było tak smaczne, że od tego czasu nie ruszam żadnego innego. Brzmi jak z koszmaru? Wyobraźcie sobie minę rozmówcy, zanim pojął, że to mój czarny humor.
Inną sprawą są śmieszki… O pomyśl sobie, taka smaczna cielęcinka... nie zjadłbyś?. Tak, pomyślę sobie i jak każdy wegetarianin zamiast kawałka mięsa, widze przeuroczą małą krówkę, która ledwo stąpa po łące. Nie, nie zjadłbym i tobie równie odradzam. Takie żarty są dosyć słabe i śmieszą najczęściej tylko autora.
Chwila druga: Co jadłem wczoraj?
Pomimo tylu lat bez mięsa, wbrew powszechnej opinii, nie miałem nigdy anemii. Moje wyniki krwi są niemal zawsze wzorowe, może nie jestem zbyt silny i nie przypominam wikinga, ale halooo… jestem Leniwcem. Zejście z drzewa i pójście na siłownie to ostatnie o czym marzę. Jestem sprawny, zdrowy i młodo wyglądam. Koniec reklamy.
Oprócz oczywiście dobrych genów, wiele zawdzięczam różnorodnej diecie. Ten temat był wielokrotnie tu poruszany, ale jest na tyle ważny, by na chwilę się przy nim zatrzymać. Bycie wege nie jest dla umysłowych leniuchów. Trzeba dbać, by codziennie jeść inne rzeczy i dzięki temu dostarczamy pełną gamę zdrowych składników odżywczych. Niestety, fastfoody co najwyżej raz w miesiącu, alkohol bardzo sporadycznie. Należy również mieć dobrą pamięć i widzieć, co jadło się wczoraj czy przedwczoraj. Mamy skłonność do folgowania sobie i zajadania, jak dzieci tego, co nam smakuje, jednak ziemniaki codziennie na obiad to nie najlepszy pomysł, czasami tę monotonię koniecznie trzeba przerwać kaszami, dobrym ryżem, makaronami czy gotowanymi warzywami.
Nie powiem, by taka dieta była specjalnie męcząca ani sprawiała wiele cierpienia. Jest zupełnie odwrotnie - dzięki temu poznaje się wiele nowych smaków, ciekawe połączenia, kuchnie z całego świata (no prawie…), dodatkowo dba się o zdrowie, o aspekcie etycznym nie wspominając.
Ważna jest oczywiście jakość produktów. By były one jak najbardziej lokalne, najmniej przetworzone i zawierały jak najmniej niepotrzebnych, a obniżających koszt składników. Tu płynnie przechodzimy do punktu trzeciego, czyli…
Chwila trzecia: Etykietowa paranoja
Jesteś tym, co jesz - mówi stara maksyma. Hm… czy ja chcę być benzoesanem sodu? Jeszcze na żelatynę jakoś bym się nadał, bo trochę kości i chrząstek mam.
To jest najprawdziwsze szaleństwo... Leniwiec idzie do sklepu i czyta etykietę każdego produktu, który kupuje. Co gorsza! Opisy te czytam za każdym razem, bo skład tych samych produktów ciągle się zmienia - trzeba być czujnym.
Po co w śmietanie pektyny albo mączką chleba świętojańskiego? Po co w czekoladzie zmielone robaki, zwane ładnie koszenilą? Dlaczego dodaje się do koziego sera wieprzowej żelatyny, a do wszystkich słodyczy oleju palmowego, mimo że od lat krzyczy się, że nasze wnuki będą oglądały orangutany tylko w archiwalnych nagraniach?
Powiecie, że nie można wpadać w paranoję? Można! Nawet trzeba! Bo jesteśmy oszukiwani na każdym kroku i takie zachowania producentów trzeba tępić - choćby olewając ich produkty.
Przyjmuję zasadę, że w produkcie może być jeden maksymalnie jeden znany mi i akceptowalny konserwant albo zagęszczacz smaku. Jeśli występuje cała tablica Mendelejewa, szukam czegoś innego. Na szczęście wybór jest dziś spory, a pomysłów nie brakuje. Jednak czasami pobyt w sklepie przedłuża się bardzo. Tym bardziej, że zasada różnorodności zakłada również nie przywiązywanie się do marek produktów. Nie lubię stałości, lubię zmianę, zatem jedzenie takiego samego makaronu, sera czy tofu to nie dla mnie.
Problemy zaczynają się za granicą, w krajach, których języka nie rozumiem, a nie zawsze etykietka jest opisana po angielsku. Pamiętam, gdy spędziłem upojne 20 minut na wyszukiwaniu wegetariańskiej odmiany zupki chińskiej w tajskim 7Eleven. Ostatecznie zrezygnowałem i zjadłem gotowane jajko. Zawsze mogłem pójść na kolejne curry do knajpy. Ale co w nim będzie…?
Chwila czwarta: Potyczki w restauracji
Mimo zapewnień kelnerów i barmanów wiele razy znalazłem w swoim daniu w restauracji jakieś kawałki mięsa. Choćby takie skwarki na pierogach ruskich. Niemal każda wizyta w innej niż wegetariańska knajpa to gra w ruletkę. Jako klienci nie mamy przecież najmniejszego pojęcia z jakich składników gotują dla nas kucharze - wszystko polega na zaufaniu. Niestety, po tylu latach mój organizm reaguje na każdy mięsny dodatek bardzo źle. Samo krojenie tym samym nożem, którym kroiło się mięso, albo dodanie łyżki smalcu jest dla nas odczuwalne - przynajmniej przez niektórych.
Problemem jest również wychodzenie do restauracji z mięsożernymi znajomymi, czy obiady rodzinne. Zawsze powstaje niezręczność. Szczególnie, gdy jesteś jedynym wegetarianinem w grupie. Takie wyjście to kompromis, przynajmniej dla jednej ze stron. Albo znajomi muszą zadowolić się sałatkami w wege barze, albo wegetarianin musi patrzeć na leżący na talerzu ochłap padliny…
Miałem sytuację, gdy zorganizowano obiad firmowy w steak barze. Uznałem to za nietakt, tym bardziej, że jest nas niewielu, ale cóż poradzić... poszedłem. To w końcu trochę mój wymysł, to ja jestem w mniejszości i nie każdy musi się z tym liczyć, chociaż oczywiście zapytano, czy mi to przeszkadza… Nietakt kolejny.
Zagranicą problem jest jeszcze większy, bo tu bariera jest i kulturowa i językowa. W niektórych miejscach bardzo ciężko jest znaleźć coś bez mięsa, a samo wspomnienie w przygotowaniu czegoś innego, odbiegającego od normy powoduje zdziwienie na twarzach kucharzy. Pisałem o tym już kiedyś, gdy byłem zimą w Zimbabwe. To bardzo mięsny kraj, a w sklepach nie było zbyt wielu warzyw, bym sobie mógł sam coś przygotować. Przez kilka dni żywiłem się szakszuką, czyli jajecznicą z pomidorami. Pożywne to, zdrowe, jednak monotonne i z utęsknieniem czekałem na powrót do lipcowego lata w Polsce.
Poszukiwania czegoś do zjedzenia, gdy jest się w podróży to nierzadko zadanie na wiele godzin. Jak w Lampang we wspomnianej Tajlandii, mieście zgoła nie turystycznym, gdzie chodzenie od knajpy do knajpy, patrzenie w menu i pytania czy mają cokolwiek bez mięsa zajęły mi ponad dwie godziny. Apogeum rozpaczy było znalezienie świńskiej głowy w jednym z niewielu miejskich koszy na śmieci. Ostatecznie wylądowałem w pseudoamerykańskim barze z burgerami i zjadłem sałatkę z frytkami.
Takie chodzenie głodnego Leniwca po mieście i szukanie jedzenia wygląda nieco jak człapanie zombi. A skoro już jesteśmy przy tym…
Chwila piąta: Atak zombi czyli kanapka z szynką
Całkiem niedawno przyszła mi do głowy taka myśl: żyjemy w cudownych czasach! Mamy w sklepie 5 rodzajów wegańskiego hummusu, makaron bezglutenowy, świeże awokado i buraki z ekologicznych upraw. Możemy naprawde zdrowo żyć i różnorodnie jadać. A gdyby w jednej chwili to stracić? Gdyby wybuchła wojna, pojawił się kataklizm, nalot kosmitów czy wspomniany atak zombie?
Nasze wydelikacone zdrowym odżywianiem organizmy musiałyby żywić się tym co jest dostępne… A jak wiadomo, w czasie kataklizmów z jedzeniem bywa różnie. Może jednak powinniśmy, jak ze szczepionkami, przyjmować niewielkie ilości trucizny, by w razie czego być trochę przygotowani. Fantazjuje? Być może, jednak, od strony zagrożeń toksykologicznych, przyjmowany w małych ilościach arszenik nieco przyzwyczaja organizm i tolerancja jest wyższa...
Do takiego bujania w obłokach skłoniła mnie kanapka z szynką, którą bezwiednie sprzedała mi pani w piekarni. Miała być tylko z żółtym serem. Po pierwszym ugryzieniu zdałem sobie sprawę, że w środku jest obce ciało. Zaraz wyobraziłem sobie zatrucie pokarmowe, które czai się za rogiem i zdałem sobie sprawę z jak dużym problemem mam do czynienia. Problemem zupełnie błahym dla przeciętnego człowieka, o zwykłej diecie. Wystarczyło jedno ugryzienie… jak w przypadku zombie.
W przypadku nieszczęść i kataklizmów wszelkich jemy to, co jest dostępne, nie ma wybrzydzania, diety bezglutenowej czy witariańskiej. Wtedy rozterki etyczne odchodzą na drugi plan. Nasze organizmy pewnie dosyć szybko przyzwyczaiły się do racji żywieniowych rozdawanych przez wojsko i PCK, chociaż z tego co pokazuje praktyka, w takim czasie mięso to rarytas, więc nasze umiejętności robienia frykasów z brukwi i mąki mogłaby się okazać na wagę złota.
Dobra, koniec z czarnowidzeniem
Takich chwil pewnie można by naliczyć więcej, jednak nie ma co wyciągać ich z pamięci. Cieszę się z obecnej mody na zdrowe życie zgodne z zasadami wegetarianizmu, czy nawet weganizmu. Ilość osób świadomych zalet jest coraz większa i nawet jeśli tylko ograniczają oni ilość zwierzęcego składników w swojej diecie to i tak jest jakiś krok naprzód.
Macie jakieś ciekawe wege-historie? Podzielicie się?
Wszystkie piękne zdjęcia niezawodny Pixabay.