Another brick in the wall... taki sztandarowy kawałek Pink Floyd, klasyk. O tym, jak szkoła ubija na mielone, które można potem elegancko ulepić w dowolny kształt. Taaak, generalnie tak. Jednak to się zaczyna dużo wcześniej. Mielenie indywidualności, kreatywności, pierwotnej boskiej cząstki w dziecku zaczyna się już w domu, szkoła przybija ostatni gwóźdź.
Każdy człowiek ma indywidualne doświadczenia w tym zakresie. Niektórzy byli mieleni mniej, inni bardziej. Nieliczni szczęściarze - wcale.
Dziecko przychodzi na świat dokładnie takie, jakie ma być i w tej formie jest absolutnie wystarczające. Nie trzeba go poprawiać, ulepszać, układać, tresować. Nie musi być idealne. Nie musi być lepsze, ładniejsze, grzeczniejsze. Ono ma prawo być dokładnie takie, jakie jest. Ma prawo być kochane za to, że po prostu JEST, a nie za to JAKIE jest. To się ładnie nazywa miłość BEZWARUNKOWA.
Dlaczego to piszę... obecnie rozbijam się o mój całkiem prywatny mur. Zlecenie, które dla kogoś byłoby motywującym wyzwaniem, dla mnie jest cholernym K2, na którym zapewne zginę. Zamiast metodycznie wziąć się do roboty próbuję negocjować z moją dziecięcą częścią, która przerażona wlazła pod stół i mówi, że nie potrafi, nie umie, nie chce.
Skąd ona to wie? Skąd???
Ktoś jej to powtarzał wystarczająco często, aż przyjęła za prawdę, oczywistość nie do podważenia. Czy wiecie, że do siódmego roku życia mózg dziecka jest "programowany" przez otoczenie, czyli najczęściej rodziców? Jeśli ci wgrano świetny software z najwyższej półki - śmigasz przez resztę życia bez większych usterek. Jeśli masz zawirusowany badziew... cóż. Spójrz na swoje życie i odpowiedz sobie szczerze, jaki ty masz program? A jaki wgrywasz swojemu dziecku?
Uważajcie na to, co mówicie do swoich dzieci. To nie idzie w kosmos, dzieci chłoną dosłownie WSZYSTKO - słowa, zarówno wypowiedziane jak i przemilczane, emocje, gesty, spojrzenia... nie trzeba bić, by skrzywdzić.
Czuję totalną bezsilność. Tyle pracy włożyłam, by zneutralizować ten bezwartościowy syf, którym nasiąkłam... A tu takie szambo wybiło, znowu. Wiem, że to praca na całe życie i że mam się na tym doświadczeniu czegoś nauczyć... ale zmęczona jestem.
I czuję ciężar odpowiedzialności za powielenie przekazanych schematów. Mam swoje dzieci, dosyć spore już, które i ja mieliłam. Albo na to pozwalałam. Może w mniejszym stopniu... chciałabym w to wierzyć.
Czas zapieprza jak szalony i przychodzi moment, gdy już niczego nie można naprawić, choćby się chciało pół życia oddać za taką możliwość. Ile to razy patrzyłam na moje małe miśki ze świadomością, że nie wszystko jest tak, jak powinno i mówiłam sobie: jeszcze jest czas, żeby to wyprostować... Otóż NIE MA CZASU. Jeśli możesz coś zmienić, zrób to teraz.
Potem można tylko patrzeć bezsilnie: znikną w murze, nie znikną...?