...ale nie do mnie. U mnie listonoszka dzwoni tylko raz i to już jest o jeden za dużo.
Dźwięk mojego dzwonka to multisensoryczne doświadczenie łączące skrzek dogorywającego dinozaura i rażenie taserem. Dzwonek stanowi jedną z nielicznych już pozostałości epoki słusznie minionego ustroju i któregoś dnia sprzedam go jakiemuś peerelowskiemu freakowi za gruby pieniądz.
Na szczęście więc, gdy dzierżąca pod pachą przesyłkę listonoszka zbliżyła swój złowieszczy palec do przycisku przy drzwiach, nie było mnie w domu.
Na nieszczęście zaś przesyłka była tym razem do mnie i nie mogłam jej od razu otworzyć!
Tak, tak. Dostałam prezent od Nieznajomego.
Zgłosiłam się do zabawy #wiosennepodarki pod wpływem impulsu o nazwie będzie fajnie. Znacie ten impuls? Zaraz potem następują kolejne fazy, u mnie było to po cholerę się zgłosiłaś a następnie radź se teraz.
Przypadłość o nazwie Nie Mam Czasu potrafi obrzydzić każdą próbę wyjścia poza wytyczoną ścieżkę czasoprzestrzenną, ale jak się już przezwycięży pierwszy opór, to pojawia się radość. Etap baw się dobrze.
I tak w końcu stanęłam oko w oko z tajemniczą przesyłką. Chociaż mnie rozrywało z ciekawości to jakoś... bałam się otworzyć. Najpierw starałam się zgadnąć, co jest w środku.
Potrząsałam, macałam, gniotłam...
Coś szeleściło i grzechotało. Ucieszyłam się, że to słodycze jakieś. Wiadomo przecież, te darowane nie mają kalorii i nie psują zębów.
Potem uświadomiłam sobie, że jak tak będę miętolić, to z prezentu może nic nie zostać. A co, jeśli są to niezwykle delikatne muszelki znad Morza Czarnego?
No to otworzyłam.
Zapach, jaki się uwolnił, był oszałamiający! Natychmiast włożyłam nos do koperty i wciągałam, wciągałam...
a potem wysypałam cudowną zawartość na podołek.
Ucieszyłam się jak dziecko!
Przeglądałam, pasłam oczy, wąchałam, próbowałam odgadnąć skład... Wszystkie cudowne, choć najbardziej zniewalająca jest jaśminowa - trudno mi było oderwać od niej nos.
Od lewej idąc mamy herbaty: hiszpańska mandarynka, jaśminowa i moshi moshi - najbardziej zagadkowa z nich. Są w niej takie jakby małe chrupki i smak też jest ciekawy, intensywny i egzotyczny, niepodobny do niczego, co do tej pory piłam.
W czwartej torebce jest kandyz. Najpierw myślałam, że to cukierki jakieś... 😆 takie zboczenie. Wprawdzie nie używam cukru, ale w tym przypadku robię wyjątek. Bez cienia wahania wrzucam kostki do herbatki i wiecie co? Pękają z trzaskiem jak kostki lodu w ciepłym drinku. Ach!
Co jeszcze jest pięknego w herbacie? Że można sobie zrobić przerwę.
Łącznie spędzam około 10 godzin dziennie przy komputerze, głównie pracując - na etacie, potem w domu. Cudownie jest wstać od biurka i idąc do kuchni rozważać, którą herbatę zaparzę. Cieszyć się na zapach i aromat. Poczuć się dobrze tu i teraz.
Był też i list napisany ręcznie. Taki list, to w dzisiejszych czasach jest COŚ. To jakby przywitać się z kimś osobiście, uścisnąć mu dłoń, popatrzeć w oczy. Byłam bardzo poruszona, coś mnie ścisnęło za gardło. Niby nic, a jednak.
Po rozpakowaniu przesyłki byłam tak podekscytowana, że natychmiast zgubiłam jedną herbatę i kandyz. Porwałam je do kuchni, żeby od razu wypróbować, a tam okazało się, że nie ma mojego ulubionego kubka. Gdy wróciłam z poszukiwań, paczuszek nie było. Nie pamiętałam, gdzie je położyłam! Obeszłam całą trasę ze trzy razy, przetrząsając każdy kąt. Nic! Byłam taka zła! Zgubiłam połowę prezentu!
Obaj moi synowie w międzyczasie wyszli i miałam nawet podejrzenia, że to oni gwizdnęli towar... Tylko po co???
Na drugi dzień rano, zrezygnowana zapytałam młodszego: Synku, nie wiesz przypadkiem, gdzie jest moja herbatka..? Takie dwie małe paczuszki?
Oj mamuś, mamuś - powiedział tylko i otworzył szafkę z kubkami. Były tam!!!
Zgadnijcie, ile wypiłam herbaty przez weekend?
Każdą co najmniej dwa razy :)
- idealnie trafiłeś 🙂 Podarowałeś mi coś, co uwielbiam, a rzadko sobie kupuję - bo nie mam okazji, nie mam czasu, nie mam tego na liście produktów niezbędnych... Dziękuję Ci!
Dziękuję i
za świetny pomysł. Warto złamać codzienną rutynę, wyrwać się poza utarte ścieżki... może to i budzi opór, bo przecież wiecznie "nie mam czasu"... ale WARTO.
Jeszcze szukając prezentu dla zawędrowałam do jednego sklepu, w którym miałam wielką nadzieję coś upolować lub choćby znaleźć inspirację. Nie udało się i wyszłam stamtąd ogromnie zniechęcona.
Kilka kroków dalej zobaczyłam ją:
Magnolia gwiaździsta, od lat najukochańszy i najpiękniejszy dla mnie krzew, niestety stosunkowo rzadko spotykany w Krakowie. Zaczyna kwitnąć bardzo wcześnie, gdy jeszcze jest bez liści.
Po raz pierwszy spotkałam ją ot tak, przy ulicy, a nie w czyimś ogródku. Podeszłam bliziutko, dotknęłam, powąchałam. Cudowna. Trzy przystanki od mojego domu.
A mogłam jej nigdy nie spotkać!
, przesyłka dla Ciebie w drodze - oczekuj dzwonka do drzwi ;)