Dziewczynką tuż po maturze będąc trafiłam do pracy swych [ówczesnych] marzeń.
Koleżanka zobaczyła ogłoszenie na witrynie sklepu i namówiła mnie, bym weszła zapytać. I weszłam, chociaż nie wierzyłam, że mi się uda.
A jednak!
Na początku było jak w wojsku. Porządek musiał być w kasetach i płytach, złodziei trzeba było pilnować... Przyuczała mnie E., której się trochę bałam, i M. Jej też się bałam. Z obiema przyjaźnię się do dziś.
Robota po 9 godzin dziennie (w sobotę krócej), pierwsza wypłata - 2 500 000 złotych. Same banknoty o nominale pięćdziesiąt tysięcy... Pamiętam, jak je rozłożyłam w wachlarzu na wersalce i się napawałam.
Edukowana od lat dziecięcych przez tatę przybyłam na nieznaną ziemię, jako dumna wyznawczyni starego rocka i metalu... bluesa ewentualnie. Ze świeżą miłością do grunge. Wszystko spoza tego kręgu nazywało się "disko" i słuchali tego "dyskobole". Gdzieś na obrzeżach świadomości majaczył rap i punk.
Miałam ogromny problem z segregacją gatunków w swym wewnętrznym, od lat poukładanym archiwum.
Na przykład takie Rage Against The Machine albo Red Hot Chili Peppers wrzucałam do rapu.
A Biohazard, Body Count, Dog Eat Dog..? Gdzie to wpakować? Ani to metal, ani punk, ani rap...
Poznawałam, słuchałam, adaptowałam... a moje archiwum wzbogacało się o coraz to nowsze przegródki.
Pewnego dnia na sklep wjechała kolejna nowa płyta. E. stwierdziła, że jest odlotowa i koniecznie muszę posłuchać. Włączyła na sklepie i podrygując oddaliła się, by porządkować kasety na regałach. Ja zostałam przy kasie.
E. była dla mnie autorytetem i nie odważyłam się jej powiedzieć, że przecież ja nie słucham DISKO!!!
Ideały ideałami, a życie rządzi się swoimi prawami - między innymi słynnym prawem inżyniera Mamonia: Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Tak też i mnie po każdym kolejnym odsłuchu albumu najpierw zaczęła chodzić jedna nóżka, potem obie... i już wkrótce, wraz z mym towarzyszem mopem oddawałam się co wieczór rytualnym tańcom do bitów Voodoo People. Po zamknięciu sklepu, rzecz jasna.
Po miesiącu przestałam się tłumaczyć starym znajomym z tego, jakiej muzyki słucham ("wiesz, to jest takie disko, ale nietypowe") i wolna od uprzedzeń zanurkowałam w niezmierzonym oceanie przeróżnych stylów.
Muzyka ma rozmaite oblicza. Pierwsza praca otworzyła mnie na wszystko to, co człowiek jest w stanie w swym twórczym szale wykreować. Oczywiście nie wszystko zostało na dłużej. Ale to moje pierwsze "disko", które zaakceptowałam, jest ze mną do dziś.
Gdy padam na twarz, gdy brakuje mi energii, gdy w planie mam sobotę na szmacie. Albo gdy po prostu chcę wyskakać wszelki Nadmiar.
Kilka lat temu, zupełnym przypadkiem, pojechałam na koncert. Zwolnił się bilet, loty były tanie, miałam gdzie nocować - grzechem byłoby nie skorzystać.
Bez żadnych większych oczekiwań zajęłam grzecznie miejsce na trybunach, tuż obok E., tej samej, która dwadzieścia lat wcześniej poleciła mi to "disko".
Wytrzymałam na siedząco pierwsze pięć minut, E. odrobinę dłużej.
To był jeden z najlepszych koncertów w moim życiu! Ogromna niespodzianka, że te "chłopaki" czterdziestoletnie dają radę, że ja tak reaguję... Niewiele pamiętam - tylko nadmiar energii, który musiałam uwolnić, bo rozsadzał ciało. I wariatów na scenie.
Był tam - mistrz ceremonii, cyberdiscopunk w nieustannym ruchu, wirująca plama barw i dźwięków. Dziwny, brzydki, szalony...
Był i go nie ma. Kolejny dotkliwy brak. Już mnie to coraz mniej dziwi, coraz mniej szokuje. Tylko żal wciąż ten sam, niezależnie od poziomu zrozumienia. Szkoda Człowieka. Szkoda, że nie mógł zaznać wytchnienia w inny sposób.
Keith Flint, składamy Ci podziękowania - ja i ta mała, ortodoksyjna hipiska sprzed lat 😉
Peace&Love ❤️
Zdjęcie otwierające: Keith Flint - Prodigy - Hultsfred 2011, Possan [CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)] (z drobną modyfikacją graficzną).