Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Facebook mógłby dla mnie nie istnieć, wszelkie inne społecznościówki (do których zresztą nie należę) również. Od dwóch miesięcy jedyną platformą, którą śledzę, jest steemit. Koledzy w pracy z podejrzliwością zerkają na mój monitor, nie znajdując znajomego niebieskiego interfejsu czy krzykliwych nagłówków onetu. Ciekawe, ile jeszcze wytrzymają, zanim padnie pytanie.
Mam wrażenie, że od dawna był w moim życiu pewien niewielki, pusty obszar, próżnia czekająca na wypełnienie. Od wielu lat nie oglądam telewizji i nie słucham radia (chyba że przypadkiem, u rodziny czy znajomych), nie czytam wiadomości w internecie, na fb mam kilka grup zamkniętych, które śledzę... stworzyłam niejako bańkę swojej własnej, przyjaznej rzeczywistości. Odcięłam się od informacji, których nie chcę słyszeć i od ludzi, z którymi nie chcę przebywać, nawet wirtualnie. Potrzebowałam tej bezpiecznej przestrzeni, by się wzmocnić, dorosnąć, dojrzeć. I wydaje mi się, że wejście w steemit jest oznaką, że już czas wyjść do ludzi. Szerzej, odważniej, bez lęku pokazując co naprawdę myślę i jaka jestem. Bez udawania, upiększania, przywdziewania masek, bez retuszowania rzeczywistości i stanu umysłu. Być może jest to rodzaj przejścia od samotni, w której z wyboru żyłam od dawna, do pełnego życia w społeczeństwie, z wszystkimi jego plusami i minusami. Oczywiście nie łudzę się, że steemit zastąpi mi prawdziwe relacje. Traktuję go raczej jako rozgrzewkę, próbę generalną.
Nie wiem jak Wy, ale ja zaczynałam z ogromnym lękiem. To był solidny krok poza moją strefę komfortu. Ale jak to u mnie bywa, jak się już na coś zdecyduję, to wskakuję cała. Wprawdzie różnie na tym w życiu wychodziłam, ale każde doświadczenie mnie czegoś cennego nauczyło, każde.
Wskoczyłam, zaczęłam pisać... i nikt mnie nie zjadł!
Udział w platformie zaczęłam traktować, jako część swoich codziennych obowiązków. Czuję się zobowiązana do aktywności, ale ten obowiązek jest przyjemny, ja to lubię! Lubię sprawdzać, co nowego się pojawiło, czytać Was, komentować, odpowiadać na Wasze komentarze. To miejsce swoistej wymiany - czerpię z niego ale i sama wiele daję.
Uważnie śledziłam wymianę postów i komentarzy starszych stażem użytkowników, o kondycji społeczności, o czasach sprzed grudnia 2017 roku. Milczałam, bo sama przybyłam tutaj w grudniu, w wielkim tłumie świeżego narybku. Nie jestem w stanie odnieść się do tych "lepszych" czasów. Mogę jedynie napisać, że póki co, mnie jest tutaj po prostu dobrze! Nie czuję się rozczarowana, zdegustowana, zdemotywowana, wręcz odwrotnie. Być może wynika to z oczekiwań, z jakimi przyszłam.
Czy liczyłam na szybką i dużą forsę?
Nie. Czy liczyłam na "jakąś" forsę? Tak. Najbardziej jednak liczyłam na interakcję. Odzew. Żeby ktoś mnie usłyszał i zobaczył. Tak, wiem, to jedna z tych niezaspokojonych potrzeb z dzieciństwa. Jednak poza tym... ja wierzę, że mam wiele ważnych rzeczy do powiedzenia. Że moje doświadczenie i wiedza przedstawia wysoką wartość i warto się tym zacząć dzielić, zamiast trzymać ciasno przy sobie. Warto się dzielić sobą, prawdziwym sobą. Bo na tym chyba polega życie wśród ludzi?
Kilka dni temu pokonałam stary nawyk "ciułania" i wymieniłam wszystkie uzbierane przez 2 miesiące SBD na Steem Power. Pokutuje we mnie jeszcze stare przekonanie, że pieniądze trzeba "trzymać", bo co, gdy okażą się potrzebne? Gdy stanie się coś złego? Takie moje stare strachy na lachy, które skutecznie paraliżowały jakikolwiek ruch w sprawie zarobionych dolarów.
Zainwestuj albo zamień na SP, niech tak nie leżą bez sensu! - co dzień ta sama myśl. Ale mój wewnętrzny zgredek trzymał je w skarpecie uparcie. W końcu nastąpił przełom. Pojawił się post z pytaniem, jak zamienić SBD na SP i komentarz
z linkiem do instrukcji. To było to! Wymieniłam od strzała. Najpierw trochę, na próbę. Potem całą resztę.
"A co, jeśli..." protestował jeszcze wewnętrzny zgredek.
"Weźmiesz z karty kredytowej!" - ucięłam wszelkie dyskusje.
I wtedy, głosując, mogłam wreszcie TO zobaczyć.
Jak zmienia się kwota wypłaty pod czyimś postem. Co za uczucie! Nareszcie mogę realnie coś dać! Niech to będzie na razie 0,02 SP (w porywach), ale to już jest coś! Nie sądziłam, że to mi sprawi taką radość. Większą, niż cyfry w kolumnie Steem Dollars. Postanowiłam, że na razie wszystko będę zamieniać na SP. A potem zobaczymy. Być może kiedyś korzyści ze steemit zmaterializują się pod postacią realnych pieniędzy, na razie czerpię korzyści z tego miejsca w inny sposób.
Gdy zaczynałam, sama nie wierzyłam, że utrzymam tempo. Że będę mieć czas na generowanie wartościowych (w moich oczach) postów z zadowalającą mnie częstotliwością. Otóż zaskoczyłam samą siebie bardzo pozytywnie. Bywają dni, gdy piszę dosłownie po nocach. Bywam zmęczona i niedospana, bo wciąż jeszcze kończę etat na okresie wypowiedzenia, poza tym robię w domu projekty pod własną firmę. Zmęczona, ale... tak, muszę to napisać, spełniona! To zmęczenie nie generuje frustracji i złości, ono wręcz mnie satysfakcjonuje. Ja i tak wiem, że raz na tydzień znajdę dzień, by sobie totalnie odpuścić, połazić w piżamie, pooglądać stare filmy, poczytać. W domu często nieład, w najlepszym wypadku... ale nie chcę tracić życia na pucowanie otoczenia na najwyższy połysk. Zbyt wiele lat w taki sposób spędziłam, w pogoni za perfekcyjnością przywiązując wagę do bzdur, patrząc bezradnie, jak mi czas przecieka przez palce. Teraz w domu nieład, ale zbyt często z niego wychodzę, by mnie jakoś szczególnie przytłaczał.
Sama nie wiem, o czym miał być ten tekst. Kilka refleksji o steemit plątało mi się od paru dni po głowie, ponadto niedługo miną dwa miesiące odkąd napisałam pierwszy post. Być może odczułam presję okrągłej daty i nadeszła chęć swego rodzaju podsumowania? Bo jeżeli za coś się zabieram, to dobrze jest tę działalność zweryfikować i rozliczyć po pewnym czasie. Czy to jest dobre dla mnie? Czy chcę to dalej robić? Tak, chcę.
Dziękuję Wam wszystkim, za to, że jesteście. Że mogę Was czytać i komentować. Że Wy mnie czytacie i komentujecie. Zostanę tu jeszcze.