Niecały miesiąc temu napisałam ten post. Dzisiaj złożyłam wypowiedzenie w pracy.
Nie wiem, jak to się stało. To znaczy sama procedura to wiadomo: papierek, podpis, do szefa, krótka rozmowa i po sprawie. A potem do biurka i tępy wzrok w monitor. Bardzo się denerwowałam tylko w momencie rozmowy, przed i po - wcale.
Siedziałam przy biurku i czekałam. Czekałam na falę panicznego strachu, który przecież musiał nadejść, bo zawsze tak było. Przecież RZUCIŁAM pracę! I nie mam innej! Oprócz własnej działalności, która leniwie się rozkręca... NIC!
Żadna fala nie nadeszła. Posiedziałam jeszcze chwilę i wróciłam do zwykłych zajęć.
Nie umiem na razie tego faktu zasymilować. Być może spodziewałam się fanfar lub trzęsienia ziemi... a tu nic, życie toczy się dalej. W napięciu czekałam na cios od losu, karę za zuchwalstwo, potępiający głos z niebios. NIC.
To może wydać się dziwne, to całe zamieszanie wokół tak zwykłej sprawy jak odejście z pracy. Tyle, że ja nigdy wcześniej nie przedłożyłam swojego komfortu, pragnień i marzeń nad rozsądek, który rzecze: jak masz robotę to się jej do cholery trzymaj! Nie wolno być lekkomyślnym! Nie wolno ryzykować! Ciesz się z tego co masz! Nie bądź pazerna! Siedź w kącie a znajdą cię...
NIE NIE NIE. To mi już nie wystarcza. Chcę więcej i to jest o tam, daleko przede mną, nie widzę jeszcze, ale WIEM.
Mam wrażenie, że wszystko przyspiesza. Pół roku temu zaczęłam zastanawiać się nad własną firmą, planowałam otwarcie na listopad - styczeń. Zaczęłam pierwszego października. Jak już to zrobiłam to pomyślałam, że za jakiś rok, jak już się trochę zabezpieczę finansowo, będę mogła zrezygnować z etatu. Pomalutku. A wtedy ta młoda, niepokorna i świeżo przebudzona cząstka mnie podniosła czujnie głowę: a dlaczego pomalutku? Dlaczego? Trzeba szybko, jak najszybciej! Nie chcemy już tak pracować!
Na nic rozsądek, stare lęki i przekonania, nie mogłam jej powstrzymać. Miesiąc temu jeszcze się broniłam, wahałam. Prosiłam o znaki, o jasny sygnał, że to będzie dobry krok. Potrzebowałam potwierdzenia, aprobaty z zewnątrz. Kuksańca od sił nadprzyrodzonych. Dupa, nic takiego nie nastąpiło. Za to ta mała, nieposkromiona Zołza we mnie po prostu wzięła i się zwolniła. I być może właśnie o to chodzi. By to mieć W SOBIE.
Teraz trochę zmiękłam. Jakby mi ktoś całe powietrze wypuścił. Zmęczenie i takie ogromne pragnienie, by przyszedł ktoś silniejszy, mądrzejszy i powiedział, że wszystko będzie dobrze. Tylko tyle. Abym choć na chwilkę mogła przestać być dzielna.
Robię tydzień przerwy, co najmniej. Żadnych myśli o przyszłości, żadnych planów, żadnego nakręcania się. Spać, spać!
Jak się wyśpię i odpocznę, to zapisuję się na rysunek. Zołza mówi, że to najwyższy czas, że już nie chce czekać. I że nie chce odkładać na "przyszłość"... chce żyć TERAZ.