Witam!!! Wczorajszy post do najweselszych nie należał dzisiaj będzie inaczej, od momentu zaśnięcia cały czas coś mi się śniło. Do tego wszystkie sny się wymieszały tak że wyszła z tego niezła historyjka. Zapraszam!!!
Wczorajszy sen rozpoczął się w moim domu. Zupełnie nieświadomy że może to być sen wykonywałem różne podstawowe czynności w ciągu dnia, do czasu aż mi się coś ubzdurało że biorę udział w występie zespołu pieśni ludowej. Poszedłem nawet specjalnie do biblioteki poszukać jakiś piosenek w książkach, coś tam niby znalazłem, poszedłem do domu się uczyć śpiewać. Gdy miał być występ udałem się pod remizę strażacką gdzie stała scena, na miejscu powiedzieli mi że mają komplet i nie potrzebują już śpiewaków.
Gdy wróciłem z pod remizy przyjechał do mnie Tomek z wczorajszego snu wraz ze swoją matką, dzisiaj był bardziej wygadany. Chciał kupić ode mnie ziemniaki, przyjechał z przyczepką nawet. Ale powiedziałem że mu że jeszcze wszystkich ziemniaków nie wykopałem, nie zastanawiając się zarzucił plandekę na przyczepkę i pojechał.
Po jakimś czasie musiałem pojechać do miasta nawet nie pamiętam po co, na miejscu wybuchła epidemia zombie, (dziwne nie oglądałem nic o zombie ostatnio). Pamiętam że była jakaś gorączka i się ludzie zmieniali w krwiożercze umarlaki, nie poruszali się zbyt szybko ale były nachalne. Wielokrotnie je odpychałem i uciekałem po niskich chatach. Czułem ich dotyk na swoim ciele, mocne odczuwanie snów nie zawsze jest zaletą, ponieważ czuje się ból podczas gdy stanie nam się krzywda. Dlatego w każdym śnie o zombie staram się nie dać złapać.
Uciekając przed zombie wpadłem na Cezarego Pazurę. Powiedział że tu jest bezpieczne miejsce i że może mnie tam zaprowadzić. W rozmowie z nim było można poczuć prawdziwego Cezarego Pazurę był charyzmatyczny i zabawny. Doprowadził mnie do hotelu. Na recepcji dostaliśmy zbliżone numerki do pokoi ja dostałem numer 4 a Cezary 6. Pamiętam że chciałem wsiąść więcej kluczy powiedziałem że to dla moich znajomych którzy tu trafią. A potem pomyślałem, a co ja będę im klucze trzymał przecież na recepcji im wydadzą klucz. Razem z Cezarym poszliśmy do windy ale zdążył do nie j wsiąść tylko on i jakaś kobieta bo winda się zacięła. Powiedziałem pierdziele idę po schodach, jak się okazało byłem pierwszy na dole zbiegłem chyba 2 piętra w dół i byłem na miejscu, jak widać nie opłacało się jechać windą. Chwilę po tym jak znalazłem pokój obudziłem się i już nie zasnąłem, było to jakieś 30 minut temu, a teraz o tym piszę.
Jak widać dzisiejszy sen był bardziej przychylny, ciężko mi coś zinterpretować tutaj, jedyne co się rzuca w oczy to nie powodzenia takie jak:
- nie zaśpiewanie piosenki ludowej
- nie sprzedałem ziemniaków
- wybuchła epidemka
- zacięła się winda i nie mogłem do niej wejść
Dlaczego napisałem bardziej przychylny bo wybrnąłem z tych niepowodzeń głównie dwóch ostatnich chyli znalazłem schronienie w hotelu i pobiegłem schodami do mojego pokoju z nr 4 co zajęło mi dosłownie kilka sekund. Ja się z wami żegnam. Do zobaczenia jutro z nową dawką snów lub czegoś innego, wszystko zależy od tego czy będzie mi się coś śniło czy nie.
Moje sny nr 14. (Pieśni ludowe, ziemniaki, zombie i Cezary Pazura).