Koniec lat 90-tych to kolejne znakomite wyczucie przez Hollywood nastrojów społecznych i ich genialne rozładowanie. Niepewność końca wywołała niemało pytań wśród społeczeństwa. A Hollywood podgrzewał atmosferę kolejnymi filmami katastroficznymi, które dziś uważane są za dość ciekawe klasyki. Niszczono zatem ludzkość (czyli głównie amerykańskie miasta) za pomocą kosmitów, asteroid, tsunami, terrorystów i tak dalej. Mimo, że ich cel miał w dużej mierze wywołanie uczuć patriotycznych wśród amerykanów do dziś oglądane są na całym świecie.
W związku z ostatnimi wydarzeniami media na całym świecie przypomniały jeden z przedstawicieli tego gatunku, kina katastroficznego. „Epidemia” Wolfganga Petersena z 1995 roku. Opowiada on historię małego miasteczka, gdzie gwałtownie rośnie liczba zachorowań na podejrzany wirus roznoszony drogą kropelkową.
Bardzo fajnie twórcy wyjaśniają pojęcia, którymi się posługują i które dla nas dziś są centralne. „Kwarantanna”, „pacjent zero”, „izolacja”. Uderza, jak fajnie posługując się językiem kina możemy zrozumieć z czym mamy do czynienia.
W filmie pojawia się także bardzo modny w latach 90-tych wątek spisku. Zastanawiające jest jak rozwijane paranoje tamtego okresu wpłynęły na to co oglądamy na ekranie. Oczywiście głupi, stary generał woli poświęcić obywateli, niż nie obronić wydarzeń sprzed kilku dekad.
Reżyser zadbał o dramaturgię. Jest w tym znakomity, tworzył podobne dzieła już wcześniej. Zadbał także o etos i spójność opowieści, ale z patosem chyba jednak przesadził. To wada tego filmu. Ale reszta naprawdę po 25 latach się trzyma. Właśnie film wylądował na Netflix. Warto dać mu szansę.