To mój film. Właśnie obejrzało go milion osób. Jest uchwyceniem pewnego zabawnego momentu z planu filmu „Niezłomni. Pod drutami Auschwitz”.
Ale jego historia jest ciekawa nie tylko ze względu śmieszny wątek, który się w nim pojawia.
Zadebiutował w 2013 roku i stał się popularny już chwili premiery na YouTube. Ktoś wrzucił go na serwis wykop.pl i wszedł na „główną” z płomieniem. Podobnie było z serwisami demotywatory i innymi. Okazało się, że na swojej youtubowej „sztuce” zarabiam. Było to bite 38$.
Ktoś wrzucił film do serwisu Reddit. Tam jego skala popularności poszła jeszcze bardziej do góry. Tzw. „youtuberzy” zaczęli go kopiować, umieszczać w różnych „zestawianiach śmiesznych filmików” i tym podobne.
Pewnego dnia dostałem dziwnego maila, którego tłumaczenie wyglądało mniej więcej tak: „ktoś skopiował twój film, zrób coś z tym”. Nie zrobiłem nic, bo nie uważam, że poniższe dzieło ma ważną wartość. Ale…
Ktoś w Stanach wymyślił sobie, że przywłaszczając sobie to dzieło uzna, że to ja mu go gwiznąłem. Że to on jest twórcą. I to zgłosił. A Google (YouTube) przytaknęło i uznało, że nie jest on moim tworem. I wtedy postanowiłem jednak zareagować. Nic nie wskórałem – odcięto mi możliwość zarabiania na tym dziele. Po przekroczeniu 250 tys. wyświetleń mój film został skasowany. Po kilku dniach… przywrócony pod innym linkiem. Wszystko trzeba było budować od nowa. Odwołania nic nie dały. Od tego czasu minęła 7 lat i co jakiś czas, ktoś ten film odnajduje i gwałtownie zyskuje on na popularności, jak ma to miejsce od kilku dni. Naturalnie już na nim nie zarabiam. Choć oczywiście reklamy wokół niego wiszą.
I wówczas poczułem to, co wielu z nas czuje w kontakcie z tego typu spółkami: One górują nad tobą, one zarządzają wytworzoną przez ciebie treścią. Ty jesteś od ich „dobrej” woli zależny. Jesteś po prostu z Polski, więc w „prawach giganta cyfrowego” należy ci się jakby mniej. No bo co, będziesz się z nimi sądził? Możesz to zrobić w Kalifornii.
Na YotTube wiszą miliony filmów do których Google nie ma żadnych praw. Ich twórcy często są bezsilni w walce o swoją własność, a firmy technologiczne starają się nic z tym nie robić, bo to ich źródło dochodów. Tak właśnie wygląda cyfrowy kolonializm.
Dlatego każdy powinien trzymać kciuki za takimi państwami jak Australia. Bo ta walczy o swoich obywateli i interesy mediów lokalnych. Nawet jeśli początkowo na tym traci, to jest to konieczność dziejowa.