„(NIE)Zdrowie”. Ten serial jest z jednej strony smutny, z drugiej bardzo interesujący. No bo któż z nas nie słyszał o dobrodziejstwach natury, która zawsze sama z siebie unormuje nasz cykl życia i sprawi, że będziemy odporni na wszystkie możliwe problemy dnia powszedniego.
Interesujący, gdyż każdy z nas kocha ciekawość, zwłaszcza w przypadkach tzw. Beznadziei. Gdy ludzie pokonują własne lęki i przezwyciężają chorobę można powiedzieć, że jest to jeden z tych momentów, dla których warto żyć. A my widzowie jesteśmy zachwyceni ich optymizmem. Jest to budujące i robi na nas wrażenie. To ten serial pokazuje nam mocno i zdrowo. Cenimy „żywe przykłady” wzmocnienia dzięki olejkom eterycznym, seksowi tantrycznemu, jadowi pszczelemu i tak dalej.
Smutny dlatego, że właśnie w takich momentach widzimy, jaki kryzys przeżywa nasza cywilizacja. Każdy odcinek opowiada w sumie to, jak nasze społeczeństwo nagle odkrywa jakąś tradycję i liczy na jej przyrodnicze i filozoficzne cuda. Ten kryzys zauważają także osoby z miejsc tubylczych i się przeciw temu buntują. To interesujące spojrzenie wzmacnia także to, że najczęściej przekształcamy różne odkrycia medycyny niekonwencjonalnej w biznes. I korzysta z niego człowiek zachodu, a nie lokalni liderzy. Typowy kolonializm znowu działa.
Same odcinki są znakomicie zaprezentowane. Prezentują niby optymistyczną wersję działania, ale także ciemną stronę poszczególnej machiny zdrowotnej. Ogląda się dobrze, nie ma dłużyzn. I stanowi ciekawą propozycję dla tych, którzy lubią programy lifstylowe.