Ten film jest warty uwagi. Mimo, że od jego premiery minęły 42 lata wciąż, jak mało który doskonale opisuje sytuację powracających z wojny żołnierzy, którzy nie potrafią na nowo funkcjonować w społeczeństwie. Jest także jednym z tych cenionych filmów, w którym zupełnie pominięto polityczną poprawność.
Wojna z każdego z nas wyciska to, co najgorsze. To prawda stara jak świat. Bajki o bohaterstwie zazwyczaj są podkoloryzowanymi historiami z brutalnym tłem. W filmie Scorsese nie dowiadujemy się, co tak wybitnie zszokowało w Wietnamie naszego bohatera Travisa. Ale coś musiało się stać, skoro tak trudno bohaterowi powrócić na łono społeczeństwa. Nie mogąc się odnaleźć i spać w nocy zatrudnia się w taksówkowej korporacji i prowadzi nocny tryb życia. Obserwuje Nowy Jork, który jest dla niego synonimem piekła Dantego. Zwłaszcza dzielnice „kolorowych” działają bohaterowi na nerwy. Widzi rozkład państwa i więzi społecznych. Bardzo go to boli. Nie potrafi odpowiedzieć sobie na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, ale jego pomysły na rozwiązanie są bardzo proste – „chciałbym zmyć ten syf”. Kolorowi, zamknięci w swoich enklawach są przedstawieni jako wyrzutki społeczne z zakazem wstępu do lepszego świata. Kamera reżysera doskonale to wyłapuje. I jest to bardzo smutny obraz Stanów Zjednoczonych.
Świat przestępczy jest tutaj normalnością. Kreowanie patologii w wielu momentach ma wręcz klaustrofobiczny wymiar. Mordowanie żon, bezsensowne bijatyki, ataki na taksówkarzy, tandetna pornografia. Każdy chce z takiego świata uciec.
Chce i główny bohater. Próbuje na dwa sposoby. Szuka bratniej duszy w postaci kobiety. Ta jednak szybko okazuje się „taka jak wszyscy”. To boli. Egzystencjalna pusta się nakręca. Bohater się radykalizuje. Aż nagle poznaje 12-latkę, młoda... prostytutkę. Czuje, że pojawia się kolejna szansa na wybawienie....
Wielki film, który przez lata chodził mi po głowie. Aż głupio przyznać, że obejrzałem go, bo widziałem scenkę w „Kilerze”. Odważne obserwację i nieustające szanse i załamania bohatera są w tym filmie potwierdzeniem starej reguły, że od zwyczajności do szaleństwa dzieli nas niewielki krok.
Niezwykły klimat filmu zawdzięczamy przede wszystkim rewelacyjnej roli Roberta De Niro. Zgodził się w nim zagrać, gdyż stwierdził, że scenariusz jest tak dobry, że „ludzie będą ten film oglądać i za 50 lat”. I miał rację. Nie znam drugiego takiego filmu, który tak doskonale prezentuje pustkę i wypalenie. To jest jeden z naszych współczesnych problemów, może dlatego tak świetnie jest rozumiany.
Dziś taki film już nie mógłby powstać. Albo zostałby mocno zaatakowany przez różnego rodzaju środowiska. Zresztą już wtedy miał olbrzymie problemy. Dwa tematy – ukazanie środowisk afro amerykańskich oraz prostytuującą się 12-latkę wzbudziły po premierze sprzeciw. Może dlatego Martin Scorsese musiał na swojego „Oscara” poczekać jeszcze 30 lat. Choć okazji by go nagrodzić bynajmniej nie brakowało.