„Guilty pleasure” to taki gatunek filmów lub seriali, które oglądamy, nawet są dla nas zabawne, ale z czasem okazuje się, że szybciutko o nich zapominamy. Jednym uchem wypada, drugim wpada. Takim dość ciekawym przykładem z ostatnich dni jest nowa propozycja ze stajni Netflixa pt. „Ty”.
Piękni bohaterowie, zgrane miejsca i skomplikowana fabuła. To oczywiste elementy „Guilty”. Ale po kolei. Jest koleś, który zakochuje się w pewnej dziewczynie. I jest w stanie zdobyć jej uczucie i uznanie choćby po trupach. I to dosłownie. Więcej nie zdradzę, ale chciałbym podkreślić, że jest intrygująco i naprawdę wciągające. Oglądałem to dzieło przy porannej kawie, wieczornej kolacji czy też odpoczynku po pracy. Czasem wychodziłem z pokoju (na 10 minut), gdy wracałem akcja wskazywała, że nic niemal nie straciłem. Ale nie zmienia to faktu, że dzieło ma coś w sobie.
Otóż jest utrzymana narracja rodem z „Dextera”. Bohater „Ty” jest w stanie wiele zrobić, osiągnąć cel i co ważne nieustannie podobnie jak tytułowa postać kultowego serialu sprzed dekady nas o tym informuje. I to w tak samo stonowanym języku, kulturze obserwacji i nienachalnego informowania o fabule. Gdyby nie ten sposób podawania informacji chyba bym zrezygnował z oglądania. A jak pisałem, z odcinka na odcinek granice absurdu są przesuwane coraz dalej i nawet godzą w inteligencję widza. Ale trzymasz za bohaterów kciuki, bo to kim są dowiadujemy się przecież dopiero po pewnym czasie. „Ty” porusza w nieszablonowy sposób temat naszej obecności w mediach społecznościowych. Tutaj twórcy nie mają dla nas litości – dowiemy się o tobie wszystkiego, gdy tylko będziemy mieli na to ochotę. Elementy fabuły, gdy bohater zbiera informacje o swojej potencjalnej dziewczynie autentycznie rodzą pytanie: jak ja odnajduje się w świecie człowieka obserwowanego.