Drugi sezon „Wybory Pytona Hobarta” już za nami. Znowu ultra kicz spotkał się z telenowelą i mocnym politycznym zacięciem z ogólnoamerykańskimi problemami w tle. Pytanie zatem – czy po tak mocno negatywnym przyjęciu pierwszego sezonu warto czekać na drugi? No jak tu kiedyś pisałem – mnie może to dzieło nie zachwyciło, ale pierwsza odsłona była bardzo „miła do oglądania”. Co spowodowało, że jego kolejna garść przygód po prostu mnie zainteresowała. A z racji moich politologicznych ciągotek rzuciłem okiem :)
No i znowu cukierkowo – erotyczno – dziwaczny świat polityki rusza do boju. Tym razem na wyższym szczeblu, bawimy się w coś na zasadzie radny Nowego Jorku. Znowu gwałtowne zwroty akcji połączone z kiczowatą oprawą powodują nasze rozczulenie. Intrygi są na ciekawym poziomie, jednak działania związane z finałem mogą delikatnie rozczarować. Co ważne – walka trwa, zasady górują, absurd goni absurd. Ale marzenia, by politykę rozgrzać do granic możliwości istnieją i są realizowane przez grupę nawiedzonych wolontariuszy.
Serial może nie oddaje głównego przesłania politycznego, ale zaskakująco dobrze prezentuje to, czym żyją Amerykanie: nierówności rasowe, prawa mniejszości seksualnych czy też zmiany klimatyczne. To buduje niezwykłą więź z potencjalnie młodszym widzem. Ale jakoś to dzieło się jednak chyba nie przebiło (przynajmniej u nas). Nie narzekam, ale ilu z nas od małego chce być „prezydentem” i realnie coś kutemu robi? Nasz bohater pokazuje może się stać, gdy przekuwasz takie marzenie w rzeczywistość.